Trochę przemyśleń...

W tym miejscu dyskutujemy o zjawisku introwertyzmu, o tym, jak wpłynął on na nasze życie, jakie są wady i zalety bycia introwertykiem.
czas_odnaleziony
Zagubiona dusza
Posty: 3
Rejestracja: 08 kwie 2017, 12:03
Płeć: mężczyzna
Lokalizacja: Wrocław

Trochę przemyśleń...

Post autor: czas_odnaleziony » 28 maja 2017, 20:50

Cześć,

Zazwyczaj nie dzielę się z ludźmi w internecie swoimi poglądami, ale czytając te forum znajduję często siebie samego kilka lat młodszym, dlatego stwierdziłem że napiszę tu parę słów. Nie daję gotowych odpowiedzi bo nie sądzę by takowe istniały, myślę raczej że naświetlenie problemu z różnych punktów widzenia pozwala go lepiej zrozumieć, zresztą dzięki temu usystematyzuję sobie trochę zagadnień. Problemem będzie jak kto woli małoekspresyjni ludzie we współczesnym świecie, bądź też samotność i permanentna pustka. Tak więc:

Jakiś czas temu pracowałem na dużym magazynie za granicą. Mniejsza o szczegóły, był tam mężczyzna z 32 lata, spytał się mnie gdzie mieszkam bo mnie nie widuje na lokacjach agencyjnych, odpowiedziałem że wynajmuję prywatnie pokój na mieście. Po paru tygodniach spotkałem się z nim na zewnątrz, widząc że wsiadam na rower spytał się dokąd jadę. "Wynajmuję tu niedaleko pokój". "A, to nie wiedziałem". Zdarza mi się to czasem, że ludzie pytają o coś, a po jakimś czasie pytają znowu (czasem pytają nawet po raz trzeci) i zwykle się denerwuję, że po co cokolwiek komuś mówić skoro i tak nie słucha, ale później pomyślałem że być może podchodzę do tego od złej strony. Pracował on obok mnie, więc miałem okazję go poobserwować przez dłuższy czas. Stawiając się na jego miejscu przyszło mi do głowy, że ta komunikacja ma dla niego sens, ale w inny sposób niż dla mnie, mianowicie - dla mnie rozmowa jest wymianą informacji "faktycznych" tj. opinii na temat otaczającej nas rzeczywistości, kiedy dla niego głównym sednem rozmowy jest wysyłanie i odbieranie informacji natury "emocjonalnej" w komunikacji z innymi ludźmi, a treść jako taka pełni tu rolę drugorzędną. Celem jest dostosowanie społeczne i redukcja stresu środowiskowego. Kiedy spotykam ludzi bardziej wstrzemięźliwych ode mnie, kiedy ich mimika i emocjonalność są bardziej ograniczone niż u mnie, z automatu dostrajam się do bycia bardziej ekspresyjnym, zaczynam dużo gadać i wysyłać informacji emocjonalnych, dostosowawczych, żartując i wygłupiając się z lekka. Ta beznamiętność u rozmówcy wywołuje u mnie niepokój co do jego prawdziwych intencji sprawiając ze się czuję po prostu niekomfortowo. Jeżeli natomiast po dłuższym trwaniu takiej rozmowy to ja jestem bardziej opanowany i "zimny" wtedy to zawsze rozmówca zaczyna w końcu zabarwiać wypowiadane zdania uprzejmością, czy liną pewnego porozumienia pozasłownego. Opis sytuacji który ja bym ujął w jednym wystarczającym mi zdaniu tj. "w przyszłym tygodniu mnie nie ma, więc musi pan sam wysłać informacje o godzinach pańskiej pracy do agencji" księgowa z firmy komunikowała mi na kilkanaście różnych sposobów przez ponad 5 minut. Dopiero kiedy sam zacząłem się uśmiechać i gadać do niej uznała że rozumiem i dała mi spokój.

W liceum byłem w klasie z taką dziewczyną z którą łączyły mnie, dziś powiem z mojej winy, bardzo głupie stosunki. Dziewczyna mi się podobała i wiedziała o tym tj. kiedy łapała mój wzrok na korytarzu czy zajęciach wszystko było w porządku, ale kiedy przez dłuższy czas ją ignorowałem robiła się niespokojna, rzucała mi gniewne spojrzenia, poprawiała włosy i zaczynała mnie kokietować ("co się stało, obraziłeś się na mnie?" itd.) Pewnego razu wypomniałem jej takie zachowanie, a ona absolutnie nie miała pojęcia o czym mówię (że coś było - jestem pewien, trwało to z różnym nasileniem 3 lata). Teraz myślę że jej wiedza o tym i podejmowane działania by sobie poprawić samopoczucie moim kosztem nie by z jej strony intencjonalne, nie pomyślała nigdy "podobam się mu", a było to raczej instynktowne (swoją drogą była to osoba wyjątkowo ekspresyjna i społeczna). W każdym razie spotkałem ją po kilku latach w sklepie już jako mężatkę i odniosłem wrażenie że ona nie tylko nie zdaje sobie sprawy z tego jak wyglądały te relacje, ale wręcz że nie posiada w pamięci jakichkolwiek zdarzeń z tych lat w sposób obiektywny (tj. tak, by można je było zreinterpretować) - nie pamiętała zdarzeń i ludzi jakimi one były, a jedynie emocje jakie w niej wywołały. I tak zapamiętała mnie tylko w ten sposób, że wywoływałem u niej przyjemne emocje dowartościowania się, więc mnie zaczepiła w tym sklepie, ale nie pamiętała żadnych naszych wspólnych rozmów czy sytuacji. Zresztą nie interesowało ją "co tam u mnie", chciała tylko gadać o sobie. W ten sposób wiem że mogę być dla niej miły i powiedzieć jej parę komplementów by się dobrze czuła, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jakkolwiek bym się nie starał nigdy nie byłbym w stanie się z nią skomunikować w sposób mający dla mnie samego sens. I w raz z czasem widzę, że dotyczy to coraz większej ilości ludzi wokół mnie.

Siedziałem kiedyś na kantynie zakładowej, obok mnie dosiadła się para. Ich rozmowa nasunęła mi pewne dialogi z filmów postmodernistycznych, albo układanie puzzli, albo naprzemienne wypowiadanie literek z abecadła tj, cała ta rozmowa od początku do końca była już z góry ustalona, chociaż dla nich sądzę że była spontaniczną. Dla mnie będąc wypraną z jakiejkolwiek treści, dla nich była sposobem na wzajemne potwierdzenie zrozumienia emocjonalnego. Rzecz w tym że ten "schemat" nie jest czymś co ludzie tworzą spontanicznie w stosunku do swoich potrzeb, a jest raczej kalką pewnych z góry zakodowanych kulturowych konwenansów i konwencji. To samo podejrzewam w pewien sposób dotyczy również niezrozumienia komunikacyjnego między ludźmi ekspresyjnymi, a wstrzemięźliwymi tj. ci drudzy nie odpowiadają na zakodowane wzorce rozmowy istniejące w umysłach tych pierwszych. Uwierzcie - większość tego co doświadczamy w społeczeństwie jest tylko zakodowaną konwencją.

Oczywistym jest że istnieje duże ciśnienie na ludzi powściągliwych by się dostosowali do gadatliwej reszty, zresztą sądzę że wszyscy to odczuwamy nie tylko werbalnie, ale również w sposób pewnej presji społecznej (dostosowawczej). Osobiście zdaje mi się, że wśród ludzi zakodowanych na permanentną ekspresję słowa pełnią trochę inną rolę niż chociażby u mnie i tak słowa są drugorzędne w stosunku do emocjonalnej treści której wyrażeniu mają służyć. Albo inaczej - te słowa nie są dla nich ważne w ten sposób w jaki byłyby ważne dla mnie. Albo jeszcze inaczej - zauważycie w końcu że ludzie nawet nie starają się być obiektywnymi w postrzeganiu innych. Stosując interpretację przez pryzmat własnych doświadczeń, emocji i poglądów nie zdają sobie sprawy z tego że ktoś inny może wyciągnąć inne wnioski na temat życia i świata niż oni sami. To będzie dosyć ostre i myślę że dyskusyjne : sądzę że ludzie bardzo gadatliwi mówiąc do kogoś nie traktują go jako "osoby", a raczej jako "sposób" na wywołanie przyjemnych emocji w swoim własnym ciele. Bowiem zauważcie że nie ma tu w gruncie rzeczy znaczenia kim jest ta osoba, ważne by był ktokolwiek, a zmienić ją to już żaden problem. Albo jeszcze inaczej: ktoś wielce gadatliwy nie potrzebuje kogoś z kim będzie mógł rozmawiać, tylko kogoś do kogo będzie mógł gadać. Dalej spotkałem wielu ludzi którzy będąc w gruncie rzeczy niedowartościowani żyli tym i nadawali sobie sens w ten sposób, że w swoim własnym mniemaniu kreowali w umysłach innych ludzi pozytywny obraz samych siebie. "Mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem jakie zrobił na kobiecie".(Co się bierze z tej wyjątkowo głupiej kultury robienia rzeczy na pokaz, ciągłego udowadniania czegoś ludziom i samemu sobie - może rozwinę to innym razem). Stwierdzenie, że ci są nastawieni na samych siebie, a tamci na ludzi wokół jest strasznie fałszywe, bo ci drudzy mają po prostu inny sposób na to by się lepiej poczuć. Tak, wiem że tu chodzi o czerpanie energii, ale to się zbyt łatwo zmienia w podział na nadętych sobków i wielkich altruistów. Więcej powiem - jest dokładnie odwrotnie, bo gdy ja rozmawiam z ludźmi to słucham co do mnie mówią i staram się zrozumieć ich podejście i problemy z ich strony, a nie kiedy ktoś nie wpływa na mnie pozytywnie i spędzanie z nim czasu mnie nie rozrywa to go po prostu odstawiam na bok i biorę sobie kogoś innego.

W jakiś sposób nasuwa mi to myśl o pewnym rodzaju kobiet, które będąc ograniczone (absolutnie nie rozumieją pojęć abstrakcyjnych i sensu ich tworzenia) i zdając sobie w jakiś sposób z tego sprawę rekompensują to sobie będąc w swym własnym mniemaniu bardzo praktycznymi. Dotyczy to też pewnych mężczyzn, ale w trochę inny sposób. Tenże praktycyzm polega w gruncie rzeczy na stwierdzeniu że relacje interpersonalne i emocje są pełną treścią i sensem naszego istnienia, a następnie następuje reinterpretacja pojęć abstrakcyjnych poprzez pryzmat użyteczności. W ten sposób przykładowo sprawiedliwość (powiedziałbym "traktując ludzi równo oddać każdemu co mu się należy w odniesieniu do jego własnych intencji i możliwości") zmienia się w prosty deal. Czuję się z tobą dobrze więc jestem dla ciebie dobry. Przestaję się czuć z tobą dobrze - nie jestem ci już nic winien. I to jest w porządku.

Dlaczego ludzie czują samotność ? Bo czują pustkę. Dlaczego czują pustkę ? Bo są wewnętrznie puści. Zamiast przenosić te zagadnienie w stronę relacji interpersonalnych powiedział bym raczej o nieumiejętności kreatywnego zagospodarowania sobie czasu (podejmowania wysiłku który w dłuższym czasie daje satysfakcję). Oczywiście można spędzać wolny czas emocjonując się między ludźmi ale na podstawie moich obserwacji, a prywatnych również, nie wierzę aby był to realny sposób na rozwiązanie problemu. Spotykałem wielce towarzyskich ludzi, po 35, młodzi duchem, ciągłe imprezy, wielu znajomych, koledzy i koledzy, przychodziła wigilia zamykali się w pokoju i pili wódkę. Myślę o kimś kto pragnąc mieć powiedzmy jabłko staje w połowie marca pod jabłonią i zaczyna czekać. Początkowo czeka, później zaczyna się kręcić, chodzić w koło jabłoni, zgrzytać zębami, kląć. Mając problem i zamiast znaleźć najszybszy sposób na jego rozwiązanie zaczyna się wielce emocjonować pokazując wszystkim w koło że on ma problem i jest wkurzony. Zaczyna gadać do jabłoni, krzyczeć na nią, biegać w koło niej, łapie jakiś konar i zaczyna ją okładać, tak jakby to miało coś pomóc. W końcu kiedy coś się tam pojawi, jakiś zaczątek, zrywa go mówiąc "nie mam czasu czekać na więcej" i idzie pod kolejne drzewo. Lata mijają, patrzy na te owoce które zebrał w ciągu życia i gadka zawsze jest ta sama: "To nie moja wina. To wina moich rodziców. To wina kobiet. To wina tego kraju w którym przyszło mi się urodzić. To wina polityków, zaprzepaścili moje szanse. Ja zawsze byłem fair, zawsze byłem w porządku, to wina tego społeczeństwa i ludzi". To jest trochę głębszy problem. Rzecz w tym że jedni czas spędzają, a inni wyszukują setki sposobów na jego zabicie. Kiedy już masz jakieś kreatywne zajęcie zawsze znajdziesz ludzi zajmujących się tym samym. Szczerze mówiąc nie spotkałem wielu dorosłych (a byli i milionerzy między nimi), którzy byliby w pełni usatysfakcjonowani ze swojego życia - często jest to już pogodzenie się z sytuacją.

Jak powiedziałem nie chcę tu dawać odpowiedzi bo nie sądzę by takie istniały. "Uczonymi możemy być uczonością drugich, ale mądrzy możemy być tylko mądrością własną". Sam miałem całe lata zapaści psychicznej, melancholii, epizod manii, podejrzewam że miałem też pewne urojenia, ale nie umiem tego skonfrontować. Problemem było że dawałem sobie wmówić że jestem jakiś inny, że coś jest ze mną nie tak, przyjmowałem obce sobie wartościowanie spraw i ludzi za swoje własne - to nigdy do niczego nie prowadzi. Sądzę że każdy powinien znaleźć swoją własną, prywatną równowagę pomiędzy samym sobą, a światem i ludźmi wokół.

Może jeszcze coś powiem - jedno z najważniejszych zagadnień, było to mą kulą u nogi wiele lat. Nie utożsamiaj się z definicjami, są one mało elastyczne i pogłębiają nerwicę. Sam o sobie nigdy już nie mówię, że jestem introwertykiem, albo że jestem ateistą czy katolikiem, albo prawicowcem, narodowcem, socjalistą itd.(Czy - "jestem samotnikiem", absolutnie nigdy). Staram się nawet nie używać tych słów. Sam o sobie myślę na podstawie przymiotników, cech i szczegółów, natomiast zdefiniować czyli w gruncie rzeczy zaszufladkować pozwalam się tylko innym nie przywiązując do tego zbyt dużej wagi.(Ktoś może mnie nazwać samotnikiem, ale samemu to robiąc zamykam się w tym słowie) Myślenie o samym sobie w kategoriach definicji jest próbą nazwania samego siebie, poznania, określenia i zrozumienia, ale często zapominamy że cechy szczegółowe idą przed definicjami które są jedynie pomocą w usystematyzowaniu świata. Myśląc o samych sobie skupiajmy się na konkretnych cechach, a nie utożsamiajmy się z krępującą definicją.

Persefona
Wtajemniczony
Posty: 8
Rejestracja: 28 maja 2017, 21:30
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
MBTI: INTP

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Persefona » 28 maja 2017, 22:31

Cześć!
Znalazłam to forum dziś, i... To chyba w końcu "moje miejsce" w internecie. :-) Są tutaj refleksje, przemyślenia, rozważania.

Na przykład Twój post. Napisałeś dużo. Zatytułowałeś go "trochę przemyśleń..." i to bardzo, ale to bardzo trafny tytuł. Bo tak naprawdę, czyż problemy o których piszesz nie są bezpośrednio związane ze zdolnością różnych ludzi do refleksji?

Zgadzam się z tym, że ludzie skłonni do wyrażania siebie, na ogół skupiają się na emocjach (nie na myślach!). Osoby bardziej introwertywne, często poświęcają więcej uwagi temu co komunikują, w jaki sposób i w jakim celu. Ekspresja sama w sobie nie jest dla nich celem, lecz środkiem.

Ja sama na swoje potrzeby stworzyłam sobie "etykietki": nadajnik i odbiornik. Niektórzy są tylko nadajnikami i nie robi im różnicy do kogo dokładnie wysyłają sygnał. Inni są tylko odbiornikami - są wycofani, nieśmiali lub nawet jest im komfortowo w roli słuchacza. Najlepiej jednak w komunikacji sprawdzają się urządzenia pełniące jednocześnie rolę nadajnika i odbiornika... ;-)

Jednak, jak sam napisałeś, wiele osób wiedzie niesatysfakcjonujące życie. Mają partnerów takich jakich mają. Relacje ze znajomymi takie jakie mają. Z dziećmi też jakie są takie są. W końcu - także sami ze sobą czują się jakoś tam i niekoniecznie coś z tym robią. Albo robią, ale nie całkiem tak, jak byłoby dobrze - czyli próbują się dostosować, naśladować normy i konwenanse społeczne. A jeśli się w tym nie odnajdują, to szukają jednowyrazowych wyjaśnień: introwertyk, odludek, samotnik, melancholik, itd.
Dlaczego ludzie czują samotność ? Bo czują pustkę. Dlaczego czują pustkę ? Bo są wewnętrznie puści. Zamiast przenosić te zagadnienie w stronę relacji interpersonalnych powiedział bym raczej o nieumiejętności kreatywnego zagospodarowania sobie czasu (podejmowania wysiłku który w dłuższym czasie daje satysfakcję). Oczywiście można spędzać wolny czas emocjonując się między ludźmi ale na podstawie moich obserwacji, a prywatnych również, nie wierzę aby był to realny sposób na rozwiązanie problemu.
Ja osobiście powiedziałabym raczej o nieumiejętności zagospodarowania sobie swojego wnętrza: swoich myśli. Moim zdaniem pustka wewnętrzna to między innymi brak refleksji, także na własny temat. Sądzę, że dlatego ludzie mają wewnątrz pustkę - nie ważne, jaką czynność będą wykonywać, nie nada im to poczucia, że żyją pełnią życia, jeśli będą tylko zabijać czas. Zagospodarowanie sobie czasu jakimś zajęciem, może być dokładnie tak samo czcze jak paplanie i wyrażanie emocji, które bardzo często są wzmagane samą sytuacją umożliwiającą ich wyrażanie. (Tego zjawiska nie znoszę!) Jak można coś zauważyć, np. to, jak czuje się słuchacz, kiedy całym sobą przezywa się tylko siebie? Jak można poznać świat? I w końcu - czy można poznać siebie samego nie obserwując siebie, lecz tylko wyrażając?

Mam poczucie, że nie mogę się przebić do takich osób. W liceum byłam "odludkiem". Mówiono na mnie "mistrz zen", bo zawsze siedziałam z boku i - co dla innych wydawało się strasznie nudne - myślałam. Obserwowałam, kontemplowałam. Inni biegali i krzyczeli, zupełnie nie pojmowałam po co i dlaczego - równie dobrze mogliby robić pajacyki. Po prostu chyba odreagowywali 45 minut siedzenia na tyłku i podejmowania prób skupienia na czymś uwagi. W 3 klasie niechcący "zaprzyjaźniłam się" z najbardziej ekstrawertyczną dziewczyną z klasy. Głos postaci z anime (najwyższy, jaki kiedykolwiek słyszałam u prawdziwego człowieka), nieustająca radość i chichot. Czerwone włosy, niebieskie oprawki od okularów, różowe kryształki w aparacie do zębów. Dziewczyna zasadniczo dobra, miła - nigdy nie była złośliwa, nie sprawiała innym przykrości, nie była mściwa, nie knuła intryg, nie plotkowała za dużo. Pomogłam jej z czymś po nieobecności. Ona przy okazji spotkań od razu wyłożyła mi swoje najbardziej osobiste, intymne sprawy. Takie naprawdę osobiste. A ja - słuchałam. Byłam wtedy skrajnie zamknięta w sobie, nie potrafiłam też wyrażać swojego zdania. Próbowałam jej doradzać - dla mnie to było i jest nadal najbardziej naturalnym sposobem myślenia: ktoś opowiada mi o swoim problemie, na pewno chce go rozwiązać, skoro włączył mnie do tej sprawy opowiadając mi o niej, to pewnie chciałby usłyszeć radę.

Byłam i często nadal jestem w błędzie ;-) wiele osób zwyczajnie lubi się otwierać. Lubi mówić o sobie, o tym co dla nich jest zajmujące czy istotne. Próby konstruktywnej analizy problemu nie są mile widziane - chodzi o samą sytuację opowiadania i wyrażania odczuć, a nie o ujęcie ich w jakąś sensowną konstrukcję myślowo-pojęciową pozwalającą na sensowne zabranie się do działania. Kiedy zorientowałam się, że moja "przyjaciółka" chce tylko paplać i odrzuca wszytskie moje konstruktywne uwagi i pomysły, przestałam się z nią spotykać.

Po jakimś czasie dostałam smsa, z którego dowiedziałam się, że byłyśmy przyjaciółkami i że ją bardzo zraniłam swoim zniknięciem i odcięciem. Naprawdę o obu rzeczach nie miałam pojęcia. I napisałam jej to. Baaaardzo dziwnie informuje się kogoś, że nie jest się jego przyjacielem. "Spotkałyśmy się tylko kilka razy, nie sądzę by to była tak bliska relacja." Starałam się być delikatna. NIE DOTARŁO! Nie mogłam się od niej opędzić przez kolejne lata! Próbowała ratować naszą przyjaźń! Byłam przerażona. Kiedyś uciekłam przed nią z kina, bo była zbyt blisko. Była nie do powstrzymania.

Jest to ekstremalny przypadek osoby, która w ogóle nie widzi emocji drugiej osoby. Jednak tacy ludzie się zdarzają.

I tutaj chciałabym wrócić do kwestii myślenia - czy samo myślenie nie pozwoliłoby zauważyć "widziałyśmy się 5 razy, zawsze to ja mówiłam, nic o niej nie wiem - czyli nie mogę jej nazwać przyjaciółką"? Czy sama zdolność do refleksji nie pozwoliłaby ludziom zawierać bardziej satysfakcjonujących znajomości? Dlaczego, do cholery, ludzie nie potrafią popatrzeć na znajomego z pracy i pomyśleć sobie "on nigdy nie papla za dużo, to pewnie nie lubi paplania - nie będę do niego paplał!", albo tak: "skoro ja mówię, to może ktoś inny też ma coś do powiedzenia", albo, na Boga, chociaż tak: "skoro ja macham łapami i prawie tańczę, a ta osoba obok prawie się nie rusza, to może jej ten temat tak nie ekscytuje?".

A na koniec zadam pytanie otwarte, które mnie frapuje. Czy jeśli ludzie emocjonalni są mniej refleksyjni, to można powiedzieć, że są głupsi? Że pewna istotna cześć wiedzy i doświadczenia im umyka? A ostatecznie - czy ludzie wiodą niesatysfakcjonujące życie i są puści w środku, bo są po prostu głupi, bo nie potrafią wychwytywać z otoczenia informacji zwrotnych?

P.S. Naprawdę miło wiedzieć, że są ludzie, którzy też się zastanawiają nad takimi zjawiskami. Którzy się zastanawiają - przede wszystkim. ;-)

Awatar użytkownika
Pomidor
Ambiwertyk
Posty: 159
Rejestracja: 27 maja 2017, 20:45
Płeć: nieokreślona

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Pomidor » 29 maja 2017, 11:47

czas_odnaleziony bardzo miło się czyta to co napisałeś. Z reguły na tym forum większość tylko użala się nad tym jak ich świat nie rozumie i tyle. Twój tekst naprawdę dobrze się czyta i zmusza do jakiś refleksji.

Awatar użytkownika
martuella
Rozkręcony intro
Posty: 181
Rejestracja: 19 mar 2015, 13:42
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
Lokalizacja: Łódź

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: martuella » 29 maja 2017, 12:48

Post został ukryty na prośbę użytkownika

Patrycjusz
Rozkręcony intro
Posty: 235
Rejestracja: 08 sty 2015, 15:47
Płeć: mężczyzna

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Patrycjusz » 29 maja 2017, 14:22

Piękny post. Ja jednak proponuję jeszcze inne wyjście niż autor tematu czy Martuella, a mianowicie wypośrodkowanie - zwrócenie uwagi po trochu na pustotę ekstrawertyków, a po trochu na iluzję o byciu lepszym introwertyków.

To wszystko o czym rozmawiacie sprowadza się do jednej kwestii (lubię redukcjonizm) - perspektywa.

Nasza subiektywna psychologia jest na tyle pokręcona, że wszystko dostosowuje do naszego subiektywnego położenia. Jeśli my mówimy mało, a ktoś dużo - od razu tworzą się łatki ekstra/intro lub pewny siebie/zamknięty w sobie, cokolwiek. Dla dziecka rodzic jest duży - dla rodzica dziecko jest małe. Dla niewykształconego profesorowie to przemądrzalcy, dla profesorów ludzie bez wiedzy to to jakaś śmieszna hołota. Tak samo sprawa ma się z odwieczną wojną płci. Błędy są ciągle popełniane, ciągle i ciągle, w każdej relacji, w związkach, relacjach rodzicielskich, przyjaźniach, relacjach nauczyciel-uczeń. Toczą się wojny bo dla jednego ważny jest biało-czerwony prostokąt a dla innego ten z innymi kolorami. Cokolwiek.

Ja sam jestem introwertykiem, nie ma co do tego wątpliwości. Ale w poprzednim związku, kiedy trafiłem na jeszcze bardziej introwertyczną dziewczynę od siebie (prezentującą bardziej wyeksponowane cechy introwertyka niż ja), czułem się jak ekstrawertyk. I co mogę powiedzieć? Mimo późniejszych komplikacji, na początku czułem się po prostu bosko. Jeśli mam sobie wyobrazić, że ekstrawertycy rozmawiając z osobami bardziej zamkniętymi czują się tak cały czas - to czy można mieć do nich pretensje? Ja osobiście gaszę ekstrawertyków samym spojrzeniem czy jednym, krótkim komentarzem, ale jeśli ktoś nie ma w sobie tego czegoś, to zostanie tym wiadrem na emocje drugiej osoby.

Powiedziałbym, że pierwszy post nie mówi tylko o ekstrawertykach. My też mamy dokładnie te samy problemy, bo to są po prostu ludzkie problemy, bez względu na temperament. Jeśli introwertykowi nie uda się stworzyć głębokich relacji to jest w czarnej dupie, bo nie dość, że jest wtedy tak samo pusty jak ekstrawertyk, to w dodatku nie ma charakteru, który pozwoli mu od tego uciec i się rozproszyć chwilowymi emocjami czy ciągłą aktywnością.
czas_odnaleziony pisze:Może jeszcze coś powiem - jedno z najważniejszych zagadnień, było to mą kulą u nogi wiele lat. Nie utożsamiaj się z definicjami, są one mało elastyczne i pogłębiają nerwicę. Sam o sobie nigdy już nie mówię, że jestem introwertykiem, albo że jestem ateistą czy katolikiem, albo prawicowcem, narodowcem, socjalistą itd.(Czy - "jestem samotnikiem", absolutnie nigdy). Staram się nawet nie używać tych słów. Sam o sobie myślę na podstawie przymiotników, cech i szczegółów, natomiast zdefiniować czyli w gruncie rzeczy zaszufladkować pozwalam się tylko innym nie przywiązując do tego zbyt dużej wagi.(Ktoś może mnie nazwać samotnikiem, ale samemu to robiąc zamykam się w tym słowie) Myślenie o samym sobie w kategoriach definicji jest próbą nazwania samego siebie, poznania, określenia i zrozumienia, ale często zapominamy że cechy szczegółowe idą przed definicjami które są jedynie pomocą w usystematyzowaniu świata. Myśląc o samych sobie skupiajmy się na konkretnych cechach, a nie utożsamiajmy się z krępującą definicją.
Tu się jednak nie zgodzę. Prawdopodobnie mówisz o przesadzie, czyli szufladkowaniu, szybkiej ocenie bez jakiegokolwiek zastanowienia. Sam po części tak miałem, kilka sekund a już stukałem młotkiem i ogłaszałem wyrok. Spojrzenie zmienia jednak uznanie wyżej wymienionej perspektywy. Mimo to, nadal stosuję definicje, jednak staram się nie nadawać im wartościowania w postaci lepszy/gorszy. Zaznaczę - staram się, bo i tak nie wychodzi.

Persefona
Wtajemniczony
Posty: 8
Rejestracja: 28 maja 2017, 21:30
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
MBTI: INTP

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Persefona » 29 maja 2017, 20:36

Teraz myślę że jej wiedza o tym i podejmowane działania by sobie poprawić samopoczucie moim kosztem nie by z jej strony intencjonalne, nie pomyślała nigdy "podobam się mu", a było to raczej instynktowne (swoją drogą była to osoba wyjątkowo ekspresyjna i społeczna). W każdym razie spotkałem ją po kilku latach w sklepie już jako mężatkę i odniosłem wrażenie że ona nie tylko nie zdaje sobie sprawy z tego jak wyglądały te relacje, ale wręcz że nie posiada w pamięci jakichkolwiek zdarzeń z tych lat w sposób obiektywny (tj. tak, by można je było zreinterpretować) - nie pamiętała zdarzeń i ludzi jakimi one były, a jedynie emocje jakie w niej wywołały. I tak zapamiętała mnie tylko w ten sposób, że wywoływałem u niej przyjemne emocje dowartościowania się, więc mnie zaczepiła w tym sklepie, ale nie pamiętała żadnych naszych wspólnych rozmów czy sytuacji. Zresztą nie interesowało ją "co tam u mnie", chciała tylko gadać o sobie. W ten sposób wiem że mogę być dla niej miły i powiedzieć jej parę komplementów by się dobrze czuła, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jakkolwiek bym się nie starał nigdy nie byłbym w stanie się z nią skomunikować w sposób mający dla mnie samego sens. I w raz z czasem widzę, że dotyczy to coraz większej ilości ludzi wokół mnie.
Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że niektórym wydaje się, że introwertyk = znawca życia, mistrz refleksji, a ekstrawertyk = zło wcielone, pieprzący od rzeczy półgłówek nastawiony na szczucie i osaczanie nas, biednych introwertyczków. Zastanawia mnie tylko, co lub kto daje prawo do takiej oceny? Skąd w ogóle pomysł, żeby ekspresja w wyrażaniu emocji lub w ogóle zamiłowanie do dzielenia się swoimi emocjami były kryterium w kategoryzacji ludzi na tych lepszych i gorszych, bardziej lub mniej refleksyjnych, pustych lub pełnych itp., itd.
Ani ja, ani czas_odnaleziony nie pisaliśmy o intencjonalnym szczuciu czy osaczaniu, nie stawialiśmy też żadnych ocen... Więcej oceniania jest w Twoim poście. ;-)

People are not against you, they are for themselves. Osoby, które przytłaczają swoją ekspresją czy poziomem otwartości tych, którzy potrzebują więcej spokoju i dystansu by czuć się komfortowo, nie robią tego celowo. Niemniej jednak, uważam, że to nie takie trudne: zobaczyć, że nie mówimy do posągu ani w powietrze, ale do innego człowieka. I zastanowić się, jak on się czuje i nad tym, jak my sami sprawiamy, że on się czuje. To byłoby po prostu w porządku. Nie przytłaczać kogoś. Nie zachowywać się jak małe dziecko, które tak bardzo cieszy się, że może pogłaskać kotka, że z sympatii do niego robi mu krzywdę - bo nie potrafi dostrzec, że jego ekspresja zupełnie pozytywnych emocji jest dla kotka zupełnym horrorem.

Ponoć "we like people not so much for how we feel about them, but for how they make us feel about ourselves" - to by się zgadzało zarówno z tym co napisał czas_odnaleziony, jak i z moimi doświadczeniami. I znowu (Martuella!) nie ma nic złego w tym, żeby dążyć do przebywania z ludźmi, z którymi jest nam dobrze. Dlatego... tak, dyskwalifikuję zbyt ekspresyjne osoby ze swojego otoczenia. Bo kiedy im jest najfajniej - ja przeżywam katusze. Oni nie wiedzą, że to jak się zachowują jest dla mnie bardzo niekomfortowe, ale... też nie starają się tego dostrzec. Nie chcą się stonować, raczej rzucają uwagami typu "uśmiechnij się!". Nie tyle że nie lubię ich, co nie lubię poziomu bodźców jaki wysyłają w eter. Większość z tych form ekspresji utrudnia mi z nimi kontakt, zamiast go wzbogacać. Poza tym... nie lubię jak ktoś zrzędzi, że jestem smutna albo zbyt poważna. Trudno mi sobie wyobrazić, by introwertyk (nawet taki skrajnie nielubiący towarzystwa) powiedział komuś "nie bądź taki radosny! przestań się uśmiechać!" to odwrotną sytuację bardzo łatwo zauważyć. Myślę, że robienie komuś uwag wprost, że jest jakiś nie taki, jest bardziej niefajne od zwykłego unikania osób, z którymi nie czujemy się dobrze. Jasne, że nie wszyscy ekstrawertycy robią takie komentarze, ale jest to jednak często spotykane. Nie lubię też widzieć, jak takiemu radosnemu ekstrawertykowi siada przy mnie nastrój - a ja nie mogę na to nic poradzić, bo nawet nie potrafię udawać że mam w sobie tyle rzeczy do wyrzucenia w świat.

Marletta -biorąc pod uwagę to, że ani inni ode mnie nie powinni oczekiwać, że zupełnie zmienię swój sposób bycia ze względu na ich preferencje ani ja tego nie mogę oczekiwać od otoczenia - czy to naprawdę niewłaściwe, by po prostu szukać innych znajomych?

Nie chcę gadać z sąsiadką o pogodzie. To dla mnie nieprzyjemne. Takie paplanie dla samego paplania jest dla mnie przykrym doświadczeniem. Nie czuję się przez to "zajebista", nie noszę korony. Nie otaczam się murem - raczej czuję się wyrzucona poza jakiś mur. Mam problem z gadką-szmatką nawet w kontaktach biznesowych. Nie umiem nie być rzeczowa i konkretna, nie umiem nawiązać tej więzi. Nie umiem palnąć kilku komplemencików, bo zupełnie nie robi mi różnicy jaki kto ma kolor włosów czy ubranie. Ale... Nie da się tego tak po prostu zmienić. Są ludzie, którzy też tak mają - kiedy na siebie trafiamy, czujemy ulgę. Uff, tym razem luz, spokojna rozmowa na temat, bez konieczności generowania zbędnych słów, gestów i dźwięków...

Niemniej jednak, moje pytanie otwarte pozostaje takie samo: czy ludzie, którzy spędzają czas nieustannie w towarzystwie, zaabsorbowani tym co się na bieżąco dzieje - mają czas na refleksje? I czy czasem spędzanie czasu na filozoficznych rozterkach nie pozwala na pełniejsze zbudowanie np. własnej tożsamości? I czy tym samym taki czas nie wypełniony niczym nie jest potrzebny, by poczuć się samemu w sobie pełnym, a nie pustym?

Z drugiej strony "introwertycy" (posługuję się tym terminem dla pewnego uproszczenia) również mogą czuć wewnętrzną pustkę, jeśli zupełnie się odizolują od świata. Więc jak najbardziej, chodzi o pewną równowagę.

czas_odnaleziony
Zagubiona dusza
Posty: 3
Rejestracja: 08 kwie 2017, 12:03
Płeć: mężczyzna
Lokalizacja: Wrocław

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: czas_odnaleziony » 29 maja 2017, 20:58

Hej martuella, odpowiadam

Nie spodziewałem się, że tak szybko zostanie użyty wobec mnie argument ad Hitlerum. Mniejsza z tym. To, że zinterpretowałaś mój tekścik w kategoriach wartościowania i dzielenie ludzi na lepszych i gorszych jest jedynie świadectwem, że Ty sama przeprowadzasz takie rozróżnienie - u mnie nic takiego nie ma. Staram się jedynie dokonać pewnej refleksji nad komunikacją interpersonalną i przyczynami wzajemnego niezrozumienia. Naprawdę, ciekawski nie musi się ustosunkowywać. I proszę - nie myśl, że filozofujący zamyka się w domu i izoluje się od relacji z innymi.

Otóż sądzę, że my ludzie istniejemy w schematach bardzo silnych uwarunkowań. Jesteśmy uwarunkowani w sposób fizyczny, biologiczny i społeczny. To, że postrzegamy rzeczywistość w kategoriach relacji czasowo-przestrzennych i czterowymiarowego świata już samo w sobie jest najważniejszym schematem. Nie da się od tego uciec - tak już jesteśmy skonstruowani, ale myślę, że pogłębiona refleksja i próba lepszego zrozumienia rzeczywistości zwiększając naszą wolność sprawia, że jesteśmy w stanie pełniej realizować nasze człowieczeństwo, a także lepiej wzajemnie się zrozumieć.

Tak na marginesie - to jest to o czym napisałem, przeprowadzam pewne abstrakcyjne rozróżnienia które od razu są interpretowane w kategoriach doraźnego praktycyzmu - dzielenia ludzi na lepszych i gorszych.

Awatar użytkownika
martuella
Rozkręcony intro
Posty: 181
Rejestracja: 19 mar 2015, 13:42
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
Lokalizacja: Łódź

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: martuella » 29 maja 2017, 21:14

Nie spodziewałem się, że tak szybko zostanie użyty wobec mnie argument ad Hitlerum. Mniejsza z tym. To, że zinterpretowałaś mój tekścik w kategoriach wartościowania i dzielenie ludzi na lepszych i gorszych jest jedynie świadectwem, że Ty sama przeprowadzasz takie rozróżnienie - u mnie nic takiego nie ma.
Persefona pisze:
29 maja 2017, 20:36
Ani ja, ani czas_odnaleziony nie pisaliśmy o intencjonalnym szczuciu czy osaczaniu, nie stawialiśmy też żadnych ocen... Więcej oceniania jest w Twoim poście. ;-)
Chyba sama zgłoszę własny post i poproszę o bana :) Mój post nie był atakiem na Was, w zasadzie nie był nawet bezpośrednią odpowiedzią na Wasze posty, tylko ogólną refleksją zainspirowaną Waszymi doświadczeniami ;)

To, czy ktoś jest bardziej czy mniej ekspresywny oraz ile czasu spędza w towarzystwie, a są to przecież jedne z ważniejszych cech odróżniających ekstra od intro, nie ma moim zdaniem żadnego przełożenia na bycie pełnym czy pustym, czy jak to nazwałaś, budowanie własnej tożsamości.
Marletta -biorąc pod uwagę to, że ani inni ode mnie nie powinni oczekiwać, że zupełnie zmienię swój sposób bycia ze względu na ich preferencje ani ja tego nie mogę oczekiwać od otoczenia - czy to naprawdę niewłaściwe, by po prostu szukać innych znajomych?
Tak, tylko w taki sposób można szukać znajomych w nieskończoność i nigdy ich nie znaleźć. Nie chodzi o zupełne zmienianie sposobu bycia, a jedynie o obniżenie poprzeczki, którą niestety bardzo często zawieszamy zbyt wysoko. Oczywiście tyczy się to obu stron. To już nawet nie chodzi o bycie intro czy ekstra, tylko po prostu o jakąś dozę cierpliwości i wyrozumiałości dla innych. Tylko i aż tyle.
Nie chcę gadać z sąsiadką o pogodzie. To dla mnie nieprzyjemne. Takie paplanie dla samego paplania jest dla mnie przykrym doświadczeniem.
Może dla tej sąsiadki to jedyna możliwość na zamienienie kilku słów z kimkolwiek o czymkolwiek? 5 min nieprzyjemności dla Ciebie, to dla niej 5 min miłej pogawędki, może jedynej w ciągu dnia...

Widzę, że mamy zupełnie inne podejście do utrzymywania kontaktów i nawiązywaniu relacji, także chyba się nie zrozumiemy :)

Awatar użytkownika
Pomidor
Ambiwertyk
Posty: 159
Rejestracja: 27 maja 2017, 20:45
Płeć: nieokreślona

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Pomidor » 30 maja 2017, 10:51

martuella pisze:
29 maja 2017, 12:48
Taaa, też mam trochę przemyśleń, ale zupełnie odmiennych...

Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że niektórym wydaje się, że introwertyk = znawca życia, mistrz refleksji, a ekstrawertyk = zło wcielone, pieprzący od rzeczy półgłówek nastawiony na szczucie i osaczanie nas, biednych introwertyczków. Zastanawia mnie tylko, co lub kto daje prawo do takiej oceny? Skąd w ogóle pomysł, żeby ekspresja w wyrażaniu emocji lub w ogóle zamiłowanie do dzielenia się swoimi emocjami były kryterium w kategoryzacji ludzi na tych lepszych i gorszych, bardziej lub mniej refleksyjnych, pustych lub pełnych itp., itd.

Introwertyzm i ekstrawertyzm zawsze były dla mnie po prostu zbiorem pewnych cech osobowości (zaraz mnie pewnie Coldman ochrzani :>). U innych bardziej nasilonych, u innych mniej. Dopiero gdy trafiłam na forum, zobaczyłam, że może to być także czynnik pozwalający rozstrzygnąć z kim można rozmawiać, nawiązywać relacje, a kto nie jest w ogóle wart naszej uwagi. I tak, nie boję się tego napisać: ktoś już kiedyś dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Czekajcie, jak on miał na imię? Arnold? Alfred? Mniejsza z tym, sprawdzicie sobie w necie. Czy przesadzam z tym porównaniem? Pewnie tak, ale chcę tylko pokazać pewną prawidłowość. Obozów koncentracyjnych dla ekstrawertyków nikt nie będzie budował, ale czy nie tworzymy wokół siebie takich „obozów”, w których zamykamy ludzi innych niż my? A może każdy zamknął się w takim jednoosobowym obozie odgrodzonym od ludzi zasiekami przekonań o własnej zajebistości?

To, że siedzimy w domu, spędzając czas na filozoficznych rozterkach, w czasie gdy nasi znajomi piją piwko, wcale nie czyni nas wyjątkowymi jednostkami. Korona nam z głowy nie spadnie (chociaż niektórym już chyba do niej przyrosła na stałe), gdy pogadamy z sąsiadką o tej zasranej pogodzie. Przyjaciółka nie przyjmuje naszych konstruktywnych porad? Cholera, a może tylko nam wydają się one konstruktywne? Nie lubimy rozmawiać o sobie, więc irytują nas ci, którzy wyrabiają w tym zakresie normę za co najmniej 10 osób? To już zakrawa na bycie psem ogrodnika, serio.

Zmartwię Was, nie jesteśmy nawet w połowie tak zajebiści jak nam się wydaje.
Ja się z tym zgadzam, ale na tym forum niebezpiecznie pisać takie rzeczy.

Awatar użytkownika
Nocnik
Intronek
Posty: 64
Rejestracja: 15 kwie 2017, 19:14
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 4w5
MBTI: INTJ
Lokalizacja: Podkarpacie

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Nocnik » 30 maja 2017, 10:54

Nie lubię kategoryzować się. Choć umysł chyba ma taką potrzebę by "poukładać świat".
Wierzę jednak, że różni ludzie mają swoje predyspozycje czy to genetyczne czy uwarunkowane doświadczeniami, wychowaniem.
Jednak staram się traktować siebie jako ciągle zmieniający się proces.
"Dopóki nie uczynisz nieświadomego - świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem." - Carl Gustav Jung

Patrycjusz
Rozkręcony intro
Posty: 235
Rejestracja: 08 sty 2015, 15:47
Płeć: mężczyzna

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Patrycjusz » 30 maja 2017, 11:55

Myślę, że tolerancja na ekstrawertyków jest też inna w zależności od danego intro. Ty Martuella tolerujesz (albo tylko piszesz o tym), ja nie. Kwestia doświadczeń - ja na wszystkich frontach relacji doznałem od nich z r a n i e n i a. W przypadku rodziców bardzo głębokiego. A to wiązało się bezpośrednio z właśnie ślepotą emocjonalną. Powodującą później w człowieku różne kompleksy, przynajmniej do momentu aż nie dowie się, że jest się intro, co to znaczy, nie znajdzie się sobie podobnych i najważniejsze - dowie się, że prawie wszyscy geniusze to intro. Ot sztuczka na ego.

czas_odnaleziony - starasz się chyba postawić tezę, że intro to ktoś, kto jest mniej uwarunkowany. Ze swoich obserwacji napiszę tylko, że jesteśmy tak samo uwarunkowani - ale jesteśmy w stanie to przejrzeć, zdemaskować, zanalizować i opisać. Co nie równa się wyzbyciu uwarunkowania.

Awatar użytkownika
martuella
Rozkręcony intro
Posty: 181
Rejestracja: 19 mar 2015, 13:42
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
Lokalizacja: Łódź

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: martuella » 30 maja 2017, 12:01

Patrycjusz pisze:
30 maja 2017, 11:55
Myślę, że tolerancja na ekstrawertyków jest też inna w zależności od danego intro. Ty Martuella tolerujesz (albo tylko piszesz o tym), ja nie.
Nie toleruję w ludziach takich cech, które nie mają związku ani z byciem intro ani ekstra.

Persefona
Wtajemniczony
Posty: 8
Rejestracja: 28 maja 2017, 21:30
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
MBTI: INTP

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Persefona » 30 maja 2017, 20:09

Patrycjusz pisze:
30 maja 2017, 11:55
Kwestia doświadczeń - ja na wszystkich frontach relacji doznałem od nich z r a n i e n i a. W przypadku rodziców bardzo głębokiego. A to wiązało się bezpośrednio z właśnie ślepotą emocjonalną.
Coś podobnego miałam na myśli - z moich doświadczeń wynika, że osoby bardzo ekstrawertyczne, nie zauważają co się dzieje w drugiej osobie.
Patrycjusz pisze:
30 maja 2017, 11:55
czas_odnaleziony - starasz się chyba postawić tezę, że intro to ktoś, kto jest mniej uwarunkowany. Ze swoich obserwacji napiszę tylko, że jesteśmy tak samo uwarunkowani - ale jesteśmy w stanie to przejrzeć, zdemaskować, zanalizować i opisać. Co nie równa się wyzbyciu uwarunkowania.
Ja tę zdolność określiłam mianem refleksyjności. Nie jest prawdą, że jesteśmy wszyscy tak samo uwarunkowani - ot choćby to, że jedni są ekstrawertyczni a inni introwertyczni już daje nam jakieś rozróżnienie. Wszyscy jednak jesteśmy ludźmi i mamy wiele cech wspólnych - niektórych faktycznie nie da się wyzbyć. Jednak część z nich da się modyfikować. Na przykład skrajną nieśmiałość, o której pisał czas_odnaleziony. Ja również miałam z tym problemy i przezwyciężyłam to siłą woli, na mocy racjonalnej decyzji. Pozbyłam się też depresji, którą miałam od ok. 13 roku życia, a więc przez większość mojego świadomego życia. Pozbyłam się chorego, patologicznego wpływu mojej rodziny - a przecież właśnie rodzina odpowiada za pierwsze uwarunkowania, m.in. dotyczące poziomu w jakim czujemy się bezpiecznie czy komfortowo z wyrażaniem siebie. O wpływie rodziny sam pisałeś.

Patrycjusz
Rozkręcony intro
Posty: 235
Rejestracja: 08 sty 2015, 15:47
Płeć: mężczyzna

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Patrycjusz » 30 maja 2017, 21:21

Persefona pisze:
30 maja 2017, 20:09
Nie jest prawdą, że jesteśmy wszyscy tak samo uwarunkowani - ot choćby to, że jedni są ekstrawertyczni a inni introwertyczni już daje nam jakieś rozróżnienie.
Tak, ale coś innego miałem na myśli. Autor pisał o uwarunkowaniu po kolei:
a) fizycznym - tutaj nie ma dyskusji,
b) biologicznym - raczej też nie ma dyskusji, chyba że za uwarunkowania biologiczne uznamy też geny, które w ogromny sposób wpływają na temperament,
c) społeczny - tutaj odebrałem to trochę inaczej, mniej jako rodzinę a bardziej jako całe społeczeństwo, w którym człowiek egzystuje. Weźmy pod lupę takiego obywatela III RP w roku pańskim ad. 2017. Czy to intro, czy ekstra, podlega następującemu schematowi: najpierw chodzi do ogólnej gównoszkoły, potem kończy jakieś gównostudia po to, żeby ok. 25 r.ż. pójść do gównopracy. Harówa i emerytura. W międzyczasie zmaga się z problemami niemęskich facetów czy tam niekobiecych kobiet. Chowa się przed zamieszkami kibiców, a jeśli jest niewierzący to przed wpływem wiary na politykę czyli swoje życie. O takie społeczne uwarunkowanie mi chodziło i myślę, że poprzednikowi też. Czy intro czy ekstra zmagamy się z tym samym "systemem", już nawet nie politycznym, a społecznym, promującym takie a nie inne cechy. Szkopuł w tym, że faktycznie system ten promuje zdecydowanie bardziej bycie ekstrawertykiem. "Na czasie", ciągle aktywny, masy znajomych (znajomości = podstawa do ułatwiania sobie życia, czyż nie?), nie spowalnia refleksjami (czyt. dołami), dość łatwo łapie baity z głównego nurtu.

Persefona
Wtajemniczony
Posty: 8
Rejestracja: 28 maja 2017, 21:30
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
MBTI: INTP

Re: Trochę przemyśleń...

Post autor: Persefona » 31 maja 2017, 0:02

Patrycjusz pisze:
30 maja 2017, 21:21
c) społeczny - tutaj odebrałem to trochę inaczej, mniej jako rodzinę a bardziej jako całe społeczeństwo, w którym człowiek egzystuje.
W takim razie i ja muszę się z Tobą zgodzić. Parcie na bycie najlepszą wersją siebie i pozytywną energię jest ogromne, ale tak naprawdę nie trudno spotkać osobę, która po prostu nosi taką maskę - by nie być odtrąconą.

Nasze społeczeństwo jest też mało otwarte na odmienność. Żyjemy w kraju, w którym jest problem ze zrozumieniem, że ktoś, kto wierzy w innego boga albo partię, ma inny kolor skóry - też jest człowiekiem, z "równie" złożonym życiem, także tym wewnętrznym. Jak więc spodziewać się tolerancji w sferze o wiele bardziej złożonej, jaką są różnice w funkcjonowaniu psychicznym? No, nie da się. Wykracza to poza normy społeczne - to by starać się rozumieć innych niestety nie jest czymś, na co kładzie się nacisk.

Zaczyna się w gównoszkole, później brakuje tego na gównostudiach, a w gównopracy to już naprawdę trudno doświadczyć zrozumienia... ;-)

Co do genów jednak może nie tyle co się nie zgodzę, co zasugeruję ciekawy mini-wykład naukowy na ten temat. Wykład prowadzi facet zajmujący się epigenetyką, więc zakładam, że można uznać, że jest to bardziej "twarda" nauka niż psychologia - gdzie nadal wiele założeń opiera się na domysłach i w jakimś stopniu na wierzeniach.

https://www.ted.com/talks/moshe_szyf_ho ... n_into_dna

ODPOWIEDZ