Z pamiętnika introwertyka

Porady, rozważania, eseje i tym podobne.
Introwertyzm
Introrodek
Posty: 14
Rejestracja: 26 gru 2014, 16:30
Płeć: nieokreślona

Z pamiętnika introwertyka

Post autor: Introwertyzm » 26 gru 2014, 16:37

08 PAŹDZIERNIKA 2010, PIĄTEK

Wieczór. Siedzę sama w domu, piję dobrą herbatę i oglądam film. Potrzebuję odpoczynku. Ciągle dziwi mnie to, że dość szybko się męczę i nie mogę cały tydzień biegać ze spotkania na spotkanie. Ciągle dziwi mnie to, że są mi potrzebne przerwy na odzyskanie energii, przerwy w samotności i ciszy.

Nie umiem odpoczywać wśród ludzi. Gdybym musiała dzielić z kimś pokój, było by mi trudno dobrze wypocząć.

A przecież jestem ciekawa świata i potrzebuję ludzi. Czasem czuję się tak, jakby moja ciekawa świata dusza była w jakiś sposób ograniczona przez tę potrzebę odpoczynku. Przychodzą chwile, kiedy mam dość ludzi, kiedy słuchanie ich staje się irytującym wysiłkiem. A potem odpoczywam trochę i to mija.

Pracuję. Od poniedziałku do piątku, 8 godzin dziennie. Po pracy lubię chodzić na różne kursy, uprawiać sport albo rozmawiać z przyjaciółmi. Ale potrzebuję przerw.

A dzisiaj chciałam zostać w domu. Chociaż kilka dni temu zaplanowałam na dziś zajęcia z angielskiego i trening. Chciałam zostać, bo poczułam nadmiar kontaktów ze światem. Bo czułam się tak, jakby mój układ nerwowy powiedział „dość, zmęczyłem się, dość bodźców na ten tydzień”. Więc zostałam w domu, oglądam film i rozmawiam z przyjaciółką przez telefon.

Kiedyś wychodziłam do świata pomimo tego, że czułam tę potrzebę wyciszenia, samotności. I często kończyło się to przeziębieniem i uziemieniem w łóżku na tydzień.

Przyszła mi do głowy dygresja związana z zajęciami z angielskiego. Obecnie panuje moda na tak zwane aktywne albo interaktywne metody nauczania. Czyli zamiast coś po prostu wytłumaczyć i kazać powtórzyć, lektor wymyśla grupowe gry i zabawy które niby mają ułatwiać przyswajanie wiedzy. Tyle, że zanim mój introwertyczny umysł pojmie skomplikowane zasady kolejnego grupowego ćwiczenia, już jest po zabawie a lektor patrzy na mnie ze zgrozą, ponieważ znowu nic nie powiedziałam i patrzyłam na grupę z lekko zdezorientowaną miną. Więc w czasie przerwy lektor zaprasza mnie na rozmowę indywidualną, żeby porozmawiać o moich brakach w wiedzy i strasznie się dziwi, kiedy okazuje się, że jednak umiem mówić i to całkiem płynnie.


09 PAŹDZIERNIKA 2010, SOBOTA

Siedzę i czuję stres. Za dużo bodźców. Byłam na rozmowie kwalifikacyjnej poprzedzającej pewne szkolenie. I nie mogę się wyciszyć. Kiedyś szukałabym przyczyny mojego stanu w tej rozmowie, w tym, że była źle prowadzona. Ale przecież pamiętam, że takie poczucie nadmiernego zestresowania zdarza mi się często z różnych powodów. Przed wyjazdem na kilkudniowe szkolenie, przed wizytą u dentysty, przed egzaminem. A potem potrzebuję dużo czasu, żeby się wyciszyć. Więc przyjmuję, że to po prostu duża wrażliwość na bodźce i mała odporność na stres. Tym bardziej, że ten stres jest właściwie do wytrzymania i nie powoduje konieczności rezygnacji z tych działań, które uważam za potrzebne czy dobre dla mnie. Oczywiście mogłabym uniknąć stresów spędzając czas wolny z książką w ręce, ale wtedy moja potrzeba poznawania świata byłaby niezaspokojona. Więc wybieram odczuwanie od czasu do czasu tego stresu i ciekawsze życie.

A ta dzisiejsza rozmowa nie była dobra, bo czułam, że jestem oceniania źle. Zapewne między innymi dlatego, że dla mnie kontakt wzrokowy nie jest niezbędnym warunkiem do dobrej rozmowy. Jeśli rozmowa jest trudna, chyba nawet wolę patrzeć w okno niż w oczy rozmówcy. A na tej dzisiejszej rozmowie siedziałam przed pięcioosobową komisją, która chyba jednak oczekiwała innego zachowania. Szybszego nawiązania kontaktu wzrokowego, większej swobody wypowiedzi. Trudno.


10 PAŹDZIERNIKA 2010, NIEDZIELA

Fajny dzień. Wyspałam się, poszłam na spotkanie z przyjaciółką. Rozmawiałyśmy cztery godziny i cały czas było ciekawie. Lubię spotykać się z ludźmi w cztery oczy. Potem rozmawiałam przez telefon dwie godziny z przyjacielem. A potem następne pół godziny z kolejną kumpelą.

Grupy mnie męczą, nie nadążam, mam wrażenie chaosu. Nie jestem zainteresowana grupowym życiem towarzyskim, hałasem, mocnymi wrażeniami i rozmowami o niczym albo o pogodzie. Lubię spokojne rozmowy we dwójkę, może być spacer, kawa w cichej kawiarni. Chociaż właściwie na spacerze w trójkę też może być przyjemnie, bo mogę sobie milczeć wtedy, kiedy pozostałe dwie osoby rozmawiają i po prostu cieszyć się ich obecnością.

Przez całe lata, pod silną presją otoczenia, myślałam, że ta moja introwersja to taka słabość, którą można zmienić, wytrenować, oswoić, przekształcić w radosną, otwartą ekstrawersję. Starałam się, uczestniczyłam w różnych treningach umiejętności społecznych, chodziłam na głośne imprezy, poznawałam nowych ludzi. Ale się nie zmieniłam. Nadal byłam w grupie odbierana jako trochę inna, nadal rozmowy o niczym irytowały mnie strasznie. Rezultatem takiego postępowania było coraz większe moje zmęczenie i smutek zapewne wynikający z pytania które coraz częściej pojawiało się w moich myślach: dlaczego ja mam dostosować do nich? Dlaczego nie mogą mnie po prostu zaakceptować z moją innością? W pewnym monecie miałam dość. Odpuściłam próby zmiany osobowości na siłę i znajomości z tymi ludźmi, którzy na siłę chcieli przerobić mnie w kogoś, kim nigdy nie byłam, nie jestem i już nie chcę być. Spojrzałam w lustro i powiedziałam do siebie: jestem introwertykiem. Akceptuję to. I paradoksalnie, odkąd akceptuję pewne ograniczenia wiążące się z introwersją, jest mi dużo łatwiej osiągnąć to, co jest dla mnie ważne, dużo łatwiej niż wtedy, kiedy chciałam robić coś wbrew sobie, na siłę, wbrew zmęczeniu i potrzebie pobycia w samotności.


Autor: Eliisa

Awatar użytkownika
illwreakyabonez
Intronek
Posty: 40
Rejestracja: 04 cze 2016, 18:08
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w4
MBTI: INFJ-A
Lokalizacja: Biała Podlaska

Re: Z pamiętnika introwertyka

Post autor: illwreakyabonez » 24 wrz 2016, 10:21

10 października 2010 - bardzo dobry dzień ;p
Po praw­dzi­we szczęście trze­ba raczej sięgać w głąb niż wzwyż.

ODPOWIEDZ