Mam ochotę rzucić wszystko w ......

Tutaj możemy zadać pytanie dotyczące konkretnego problemu związanego mniej lub bardziej z introwertyzmem naszym lub innych, poprosić o pomoc, rady, wskazówki.
unicorn
Zagubiona dusza
Posty: 3
Rejestracja: 23 maja 2018, 15:17
Płeć: kobieta

Mam ochotę rzucić wszystko w ......

Post autor: unicorn » 23 maja 2018, 16:12

Cześć.
Zacznę od początku. Od pięciu lat mieszkam poza granicami Polski, znam język bardzo dobrze i studiuję tutaj kierunek ścisły. Moja rodzina też tu jest, ale kilka kilometrów dalej, ja mieszkam w akademiku.
Ogólnie mówiąc, nie mam dużo czasu dla siebie. Kierunek, który studiuję, jest bardzo wymagający, mamy dużo praktyk na studiach (niepłatne, bo są w ramach zaliczeń), często po 20h tygodniowo, do tego kolokwia ustne w ramach praktyk, protokoły po 20-40 stron do napisania a i to wszystko w czasie semestru, gdzie jeszcze do tego przecież dochodzą wykłady i ćwiczenia. Zauważyłam, że jest praktycznie niemożliwe, skończyć licencjat w ciągu trzech lat, mnóstwo osób, które znam, potrzebowały około 8 miesięcy. Mi uda się prawdopodobnie w 7 semestrów (teraz jest 6 semestr).
Oprócz tego dorabiam na uczelni. Nie jest to dużo i nie pozwala mi na utrzymywanie się samej, a biorąc pod uwagę liczbę godzin spędzonych na praktykach nie ma czasu, żeby pracować na pół etatu, i bez pracy ledwo się człowiek wyrabia ze wszystkim. Dodam, że po licencjacie czeka mnie magister, bo sam licencjat guzik mi da. Nie mogę zrobić przerwy między licencjatem a magistrem, bo stracę akademik. Mieszkania są dużo droższe.
Mam już wszystkiego dość. Co chwilę coś wypada, za kilka miesięcy muszę płacić sama ubezpieczenie zdrowotne (po skończeniu 25 lat nie należy się do ubezpieczenia rodzinnego i kosztuje to 100 euro miesięcznie). Oprócz tego z tego samego powodu stracą moi rodzice dodatek na dziecko. Rodzice, w związku że pomagają rodzinie w Polsce, nie są w stanie mi dać dużo, a jak nagle będą mi musieli dawać 200-300 euro więcej, nie wiem, czy dadzą radę. To, co do tej pory mam, wystarcza w sam raz i nie jestem w stanie wiele odłożyć. Kredytu studenckiego nie dostanę, bo nie spełniam wymagań i prawdopodobnie do zakończenia studiów nic się w tej kwestii nie zmieni. Na jakiekolwiek stypendia nie mam co liczyć, nie mam zbyt dobrej średniej przez barierę językową na początku studiów.
Pomijając kwestie pieniężne, nie mam ochoty już na to wszystko. Nie chodzi o studiowanie, ale ogólnie tracę powoli ochotę na rzeczy, które mi sprawiały radość. Studia są interesujące, ale przez to, że nie mam czasu na nic, powoli tracę ochotę na wszystko. Czasem mam takie dni, że mam ochotę naprawdę na wiele rzeczy i jestem zmotywowana. A później mam takie kilka dni, gdzie łzy mi kapią z oczu (jak dzisiaj) i próbuję się zebrać w garść, ale nie mam siły. Ileż razy można zaciskać zęby? Czasem już człowiek nie ma ochoty.
To nie jest tak, że mam tylko studia. Uczę się grać na skrzypcach, lubię robić zdjęcia i sesje zdjęciowe (co często wymaga ode mnie zebrania się w garść i nawiązać kontakt z ludźmi). Ale przez nawał pracy nie mam czasu na to, jak wyjdę na jeden dzień na zdjęcia, to potem mam straszne wyrzuty sumienia, że mogłam zrobić coś na uczelnię. Przez obecne praktyki mam zaległości w prawie wszystkich przedmiotach i zero motywacji, żeby to nadrobić. Próbowałam kilka razy zrobić plan nauki, ale zawsze się sypał.
Nie mam tu wiele osób. Mam chłopaka, ale on raczej jest ekstrawertykiem, zna dużo osób i często wychodzi. Przyzwyczaił się, że ja chętniej siedzę w domu. Oprócz tego w związku z tym, że jestem intro, nie umiem nawiązać takiego kontaktu z ludźmi, żeby później mieć z nimi coś wspólnego. Owszem, byłam kilka razy na uczelnianym klubie fotografii, ale nie złapałam z nikim kontaktu, tak, żeby się z kimś np. umówić na robienie zdjęć. Znam na kierunku dużo osób, ale to tylko takie, cześć, co słychać, i krótka gadka-szmatka. Czasem mam wrażenie, że mówię ludziom rzeczy, które są dla nich nieinteresujące i że mój sposób bycia działa na nich w ten sposób, że nie mają ochoty na głębszą relację ze mną. Nie jestem nieśmiała, ale po prostu jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie, jestem strasznie upośledzona. Nie mam tutaj nikogo (oprócz chłopaka) z kim mogłabym gdzieś wyjść. Chłopak ma znajomych, ale może fajnie by było mieć własnych. Sama zresztą nie wiem, jak to się stało, że uznał mnie w jakiś sposób sympatyczną, że się po pierwszym spotkaniu dalej chciał spotykać :D
Robię tu też sesje fotograficze, ale słabo umiem nawiązać kontakt np. z modelką. Z drugiej strony, prowadzę ćwiczenia na uczelni z jednego przedmiotu i nie macie pojęcia, ile poświęcenia i stresu mnie to kosztuje. Zresztą, gdybyście mnie widzieli w akcji, jak się czasem jąkam na ćwiczeniach próbując coś wytłumaczyć, to byście wiedzieli o co chodzi (nie mam wady wymowy, jąkam się tylko na tych ćwiczeniach ze stresu, że nie umiem czegoś w obcym języku wytłumaczyć i że palnę błąd gramatyczny).
Mam dni, gdzie mam po prostu dość. Mam ochotę rzucić to wszystko, ale nie mam za bardzo żadnych innych ciekawszych możliwości. Jestem po prostu przeciążona tym wszystkim i wisi mi to już. Coraz częściej zaczyna mi być obojętne, czy pójdę w makijażu na uczelnię, co kiedyś było niewyobrażalne. Tracę ochotę na wszystko, dobija mnie nadmiar tego wszystkiego. Nawet nie mam ochoty oglądać seriali, co zawsze dla mnie było ucieczką od wszystkiego. Konsola leży od tygodni nieruszana.
Rok temu chodziłam do psychologa, ale przeprowadziłam się do miasta w którym studiuję i już nie mam jak chodzić (to był polski psycholog). W tym mieście nie ma już polskiego psychologa, nie mam ochoty chodzić do obcojęzycznego. Niby zapisałam się do jednego, ale dowiedziałam się, że na kasę chorych czeka się 10-16 tygodni.
Chłopak mnie często wspiera, pomaga, ale czasami też nie ma ochoty już słuchać, że nie mam ochoty na cokolwiek i patrzeć, jak płaczę. Każdy miałby kiedyś dosyć. Boję się, że go przez moją demotywację do wszystkiego stracę, bo czasami jestem naprawdę nie do zniesienia. On przecież też ma problemy i sam stresuje się każdym drobiazgiem...
Pomóżcie mi. Macie jakieś porady?

Awatar użytkownika
Miszka
Stały bywalec
Posty: 323
Rejestracja: 03 paź 2012, 21:38
Płeć: mężczyzna
Lokalizacja: Śląsk, czasem Małopolska

Re: Mam ochotę rzucić wszystko w ......

Post autor: Miszka » 23 maja 2018, 21:00

Moja odpowiedź nie będzie radą, ale może coś Ci pomoże ;)
Mam bardzo podobny problem, staram się łączyć studia dzienne, pracę na prawie cały etat i zainteresowania. Efekt podobny jak u Ciebie, nie mam praktycznie czasu na cokolwiek poza tym, ani oszczędności by wyprowadzić się z akademika i dokonać większych zmian w życiu.

W moim przypadku dużo pomogła rezygnacja w działalności w kole naukowym i próba udzielania się na konferencjach/warsztatach/sympozjach. Prawdopodobnie tym zamknąłem sobie drogę na studia doktoranckie, mimo że rok temu wydawało się oczywiste że zostanę na wydziale. Nie żałuję, głównie przez to że w Polsce stypendium dla doktorantów jest znacznie niższe nawet od najniższej krajowej a załapanie się na granta zależy głównie od siły przebicia promotora. Nie znaczy to, że polecam takie rozwiązane. W moim zawodzie staż pracy jest konieczny do zrobienia bez uprawnień, co daje więcej niż dr przed nazwiskiem.

Jeśli chodzi o ciągnięcie studiów, wybrałem skrajny minimalizm. Za rok jako absolwent nie dostanę stypendium, więc w pełni zadowala mnie "3" w indeksie. Też nie do końca jest to dobre rozwiązanie, zwłaszcza jeśli pociąga Cię działalność naukowa. Bardziej polecam próbę złapania kontaktu z kimś ze starszych lat. Nie jeden projekt czy gotowe formuły obliczeniowe znajdują się na dyskach ludzi z akademika, czasem wystarczy popytać. Sama informacja jak coś zrobić może zaoszczędzić wiele godzin, nawet jeśli ostatecznie robi się wszystko samodzielnie ;)

Nie mam pojęcia jak sprawa wygląda za granicą, ale w Polsce to studia magisterskie raczej niewiele dają. Licencjat/inżynier jest traktowany jak wyższe wykształcenie, więc wystarczy do większości stanowisk i uprawnień które wymagają wyższego wykształcenia. Pewnie sporo zależy od specyfiki zawodu/kierunku który studiujesz. Mnie na starcie pracy w zawodzie zaskoczył fakt, że gdy przyszedłem do firmy byłem jedną z nielicznych osób po studiach związanych z wykonywanym zawodem. Sporo osób było wyłącznie po maturze, mimo że sporo ludzi po studiach ukierunkowanych na ten zawód ma problem ze znalezieniem pracy.

Na najważniejsze pytanie tego wątku, czyli skąd brać siły, nie jestem wstanie odpowiedzieć. Czasem wyłączam myślenie i pracuję jak robot, czasem próbuję myśleć że robię to dla kogoś albo że jak odpadną mi studia to wszystko się unormuje. Zdarza się że na nic nie mam sił i zawalam kolejne terminy na studiach. Tak samo nieraz mam ochotę rzucić wszystko, ale nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z tym że za samodzielność się płaci. Obawiam się że przez następne 40 lat na każdy dzień wolnego będę czekał jak na święto, i że w gruncie rzeczy jest to normalność do której trzeba się przyzwyczaić :)

Bardziej od braku chwili dla siebie męczy mnie pytanie, czy za kilka lat będę w stanie odbudować relacje z ludźmi którym teraz nie potrafię poświecić odpowiednią ilość czasu.

Awatar użytkownika
s1a3p1a1
Introwertyk
Posty: 140
Rejestracja: 10 lut 2018, 4:05
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP

Re: Mam ochotę rzucić wszystko w ......

Post autor: s1a3p1a1 » 23 maja 2018, 21:46

Na mojej kosie spalinowej jest naklejka z napisem "10h". Co dziesięć godzin trzeba wyczyścić filtr, ponieważ z czasem tenże filtr ulega zatykaniu różnego rodzaju osadami. Do tego trzeba także pamiętać o smarowaniu głowicy, gdyż dłuższa praca przy wysokich temperaturach wysusza delikatny mechanizm. Wreszcie, nie należy forsować silnika. Podczas pracy warto stopniowo zwiększać/zmniejszać obroty, dzięki czemu silnik będzie miał dłuższy żywot. Praca na pełnych obrotach non stop, to głupota.

Każdą maszynę można zatrzeć i zniszczyć. To bardzo łatwe. Naprawa natomiast bywa uciążliwym i czasochłonnym procesem. Niekiedy niemożliwym do wykonania. Człowiek także jest maszyną i dlatego powinien wiedzieć 'kiedy, a kiedy nie'. Osoba podąża ścieżką, którą sama uznaje za słuszną - i to jej sprawa. Zrobisz, co uznasz za słuszne. To twoje życie i nikt nie powinien na nim ciążyć - nawet rodzice.

limonka
Intronek
Posty: 69
Rejestracja: 30 kwie 2012, 22:55
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
MBTI: INTJ

Re: Mam ochotę rzucić wszystko w ......

Post autor: limonka » 23 maja 2018, 23:07

Wypowiem się na podstawie własnych doświadczeń, nie będą to żadne specjalistyczne porady, ale może znajdziesz w nich coś dla siebie :)

Myślę, że najwyższa pora przestać zaciskać zęby z myślą, że jakoś ten trudny czas przeczekasz. Przewlekły stres i frustracja nie jest naturalnym stanem dla organizmu, więc ten może się wkrótce odpłacić np. nerwicą.

Mimo wszystko dobrym rozwiązaniem byłaby chyba pomoc psychoterapeuty. Gdy sama znajdowałam się w podobnym stanie, to brakowało mi takiego chłodnego spojrzenia na moje sprawy z boku. W sytuacji wiecznego rozdrażnienia, nawet błahe problemy jawiły mi się jako mur nie do przebycia. Pomoc bliskich również jest ważna, ale potrafi też wpędzać w poczucie winy, szczególnie przy wysokich ambicjach. Po prostu czujesz, że ich zawodzisz. Dlatego najważniejsze jest Twoje własne podejście do sprawy.

Co mi pomogło wyjść z najgorszego przytłoczenia? Ograniczenie obowiązków do niezbędnego minimum. Codzienne wygospodarowanie chociaż chwili tylko dla siebie, czas na to, co lubisz robić najbardziej - u mnie były to spacery, domowe spa, pozytywne lektury i muzyka, czasem nawet zwykła drzemka :) I zadbanie o kondycję organizmu, wprowadzenie zdrowszej diety, aktywności fizycznej, na początku również suplementacja witamin i magnezu (często występują jego niedobory przy stresie). Jak najwięcej snu.
Do tego stopniowa zmiana podejścia - praktyka wdzięczności (codziennie wieczorem myślisz lub zapisujesz sobie rzeczy, które danego dnia były fajne i za które chciałabyś podziękować), ograniczanie przesadnego myślenia o przyszłości, skupienie się na tym, co tu i teraz. Jestem osobą wierzącą, więc pomogło mi też nawiązanie odpowiedniej relacji z Bogiem. Nie wiem jak jest w Twoim przypadku, ale głównie chodzi o to, by zaakceptować w pełni swoją osobę i nie uzależniać swojej wartości od posiadanych dyplomów i zer na koncie. Wiara bardzo w tym pomaga, ale myślę, że nie jest niezbędna :)

Mniej więcej tyle. Nie wiem, czy moja wypowiedź się przyda czy nie przyda, ale czułam, że powinnam napisać. Życzę powodzenia w walce w tym trudnym okresie :)

Edit: tak na szybko jeszcze dwie rzeczy, które w moim przypadku były dosyć ważne. 1- ograniczenie korzystania lub całkowite usunięcie konta na niektórych portalach społecznościowych (Facebook, Instagram itp.) Oglądanie podrasowanych internetowych żyć jakichś pseudoznajomych nie jest do niczego potrzebne :P Jak jestem ciekawa, co u kogoś słychać, to po prostu dzwonię :) 2 - wolontariat. Przy braku czasu może być z tym ciężko, ale pozwala z pewnością poczuć się komuś potrzebnym i nabrać odpowiedniego dystansu do własnych problemów.

unicorn
Zagubiona dusza
Posty: 3
Rejestracja: 23 maja 2018, 15:17
Płeć: kobieta

Re: Mam ochotę rzucić wszystko w ......

Post autor: unicorn » 24 maja 2018, 19:57

Dzięki wszystkim za odpowiedzi. Mój post był taki długi, że nawet Adminowi się nie chciało go czytać :D
Miszka pisze:
23 maja 2018, 21:00
Moja odpowiedź nie będzie radą, ale może coś Ci pomoże ;)
Mam bardzo podobny problem, staram się łączyć studia dzienne, pracę na prawie cały etat i zainteresowania. Efekt podobny jak u Ciebie, nie mam praktycznie czasu na cokolwiek poza tym, ani oszczędności by wyprowadzić się z akademika i dokonać większych zmian w życiu.

W moim przypadku dużo pomogła rezygnacja w działalności w kole naukowym i próba udzielania się na konferencjach/warsztatach/sympozjach. Prawdopodobnie tym zamknąłem sobie drogę na studia doktoranckie, mimo że rok temu wydawało się oczywiste że zostanę na wydziale. Nie żałuję, głównie przez to że w Polsce stypendium dla doktorantów jest znacznie niższe nawet od najniższej krajowej a załapanie się na granta zależy głównie od siły przebicia promotora. Nie znaczy to, że polecam takie rozwiązane. W moim zawodzie staż pracy jest konieczny do zrobienia bez uprawnień, co daje więcej niż dr przed nazwiskiem.

Jeśli chodzi o ciągnięcie studiów, wybrałem skrajny minimalizm. Za rok jako absolwent nie dostanę stypendium, więc w pełni zadowala mnie "3" w indeksie. Też nie do końca jest to dobre rozwiązanie, zwłaszcza jeśli pociąga Cię działalność naukowa. Bardziej polecam próbę złapania kontaktu z kimś ze starszych lat. Nie jeden projekt czy gotowe formuły obliczeniowe znajdują się na dyskach ludzi z akademika, czasem wystarczy popytać. Sama informacja jak coś zrobić może zaoszczędzić wiele godzin, nawet jeśli ostatecznie robi się wszystko samodzielnie ;)

Nie mam pojęcia jak sprawa wygląda za granicą, ale w Polsce to studia magisterskie raczej niewiele dają. Licencjat/inżynier jest traktowany jak wyższe wykształcenie, więc wystarczy do większości stanowisk i uprawnień które wymagają wyższego wykształcenia. Pewnie sporo zależy od specyfiki zawodu/kierunku który studiujesz. Mnie na starcie pracy w zawodzie zaskoczył fakt, że gdy przyszedłem do firmy byłem jedną z nielicznych osób po studiach związanych z wykonywanym zawodem. Sporo osób było wyłącznie po maturze, mimo że sporo ludzi po studiach ukierunkowanych na ten zawód ma problem ze znalezieniem pracy.

Na najważniejsze pytanie tego wątku, czyli skąd brać siły, nie jestem wstanie odpowiedzieć. Czasem wyłączam myślenie i pracuję jak robot, czasem próbuję myśleć że robię to dla kogoś albo że jak odpadną mi studia to wszystko się unormuje. Zdarza się że na nic nie mam sił i zawalam kolejne terminy na studiach. Tak samo nieraz mam ochotę rzucić wszystko, ale nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z tym że za samodzielność się płaci. Obawiam się że przez następne 40 lat na każdy dzień wolnego będę czekał jak na święto, i że w gruncie rzeczy jest to normalność do której trzeba się przyzwyczaić :)

Bardziej od braku chwili dla siebie męczy mnie pytanie, czy za kilka lat będę w stanie odbudować relacje z ludźmi którym teraz nie potrafię poświecić odpowiednią ilość czasu.
Dzięki. Tu właśnie pies pogrzebany, też mam oceny średnie, czasem tylko po to, żeby zdać, bo nie mam ochoty się więcej uczyć, albo jestem tak zestresowana, że nie idzie się skoncetrować. Tutaj można sobie licencjat w ... wsadzić, muszę zrobić magistra, doktorat to marzenie, ale jeśli mnie ten cały system nie zje, to może i dotrwam. Zaciskam zęby... wiele razy. Ale coraz rzadziej mam ochotę je zaciskać. Widzę, że mamy podobny problem...
s1a3p1a1 pisze:
23 maja 2018, 21:46
Na mojej kosie spalinowej jest naklejka z napisem "10h". Co dziesięć godzin trzeba wyczyścić filtr, ponieważ z czasem tenże filtr ulega zatykaniu różnego rodzaju osadami. Do tego trzeba także pamiętać o smarowaniu głowicy, gdyż dłuższa praca przy wysokich temperaturach wysusza delikatny mechanizm. Wreszcie, nie należy forsować silnika. Podczas pracy warto stopniowo zwiększać/zmniejszać obroty, dzięki czemu silnik będzie miał dłuższy żywot. Praca na pełnych obrotach non stop, to głupota.

Każdą maszynę można zatrzeć i zniszczyć. To bardzo łatwe. Naprawa natomiast bywa uciążliwym i czasochłonnym procesem. Niekiedy niemożliwym do wykonania. Człowiek także jest maszyną i dlatego powinien wiedzieć 'kiedy, a kiedy nie'. Osoba podąża ścieżką, którą sama uznaje za słuszną - i to jej sprawa. Zrobisz, co uznasz za słuszne. To twoje życie i nikt nie powinien na nim ciążyć - nawet rodzice.
Masz rację. Tyle, że widzę dwie możliwości: albo rzucić to wszystko i w Bieszczady, albo się zatyrać na amen. Nie ma półśrodka. Nie wiem, czy ja go nie widzę, czy go faktycznie nie ma.
limonka pisze:
23 maja 2018, 23:07
Wypowiem się na podstawie własnych doświadczeń, nie będą to żadne specjalistyczne porady, ale może znajdziesz w nich coś dla siebie :)

Myślę, że najwyższa pora przestać zaciskać zęby z myślą, że jakoś ten trudny czas przeczekasz. Przewlekły stres i frustracja nie jest naturalnym stanem dla organizmu, więc ten może się wkrótce odpłacić np. nerwicą.

Mimo wszystko dobrym rozwiązaniem byłaby chyba pomoc psychoterapeuty. Gdy sama znajdowałam się w podobnym stanie, to brakowało mi takiego chłodnego spojrzenia na moje sprawy z boku. W sytuacji wiecznego rozdrażnienia, nawet błahe problemy jawiły mi się jako mur nie do przebycia. Pomoc bliskich również jest ważna, ale potrafi też wpędzać w poczucie winy, szczególnie przy wysokich ambicjach. Po prostu czujesz, że ich zawodzisz. Dlatego najważniejsze jest Twoje własne podejście do sprawy.

Co mi pomogło wyjść z najgorszego przytłoczenia? Ograniczenie obowiązków do niezbędnego minimum. Codzienne wygospodarowanie chociaż chwili tylko dla siebie, czas na to, co lubisz robić najbardziej - u mnie były to spacery, domowe spa, pozytywne lektury i muzyka, czasem nawet zwykła drzemka :) I zadbanie o kondycję organizmu, wprowadzenie zdrowszej diety, aktywności fizycznej, na początku również suplementacja witamin i magnezu (często występują jego niedobory przy stresie). Jak najwięcej snu.
Do tego stopniowa zmiana podejścia - praktyka wdzięczności (codziennie wieczorem myślisz lub zapisujesz sobie rzeczy, które danego dnia były fajne i za które chciałabyś podziękować), ograniczanie przesadnego myślenia o przyszłości, skupienie się na tym, co tu i teraz. Jestem osobą wierzącą, więc pomogło mi też nawiązanie odpowiedniej relacji z Bogiem. Nie wiem jak jest w Twoim przypadku, ale głównie chodzi o to, by zaakceptować w pełni swoją osobę i nie uzależniać swojej wartości od posiadanych dyplomów i zer na koncie. Wiara bardzo w tym pomaga, ale myślę, że nie jest niezbędna :)

Mniej więcej tyle. Nie wiem, czy moja wypowiedź się przyda czy nie przyda, ale czułam, że powinnam napisać. Życzę powodzenia w walce w tym trudnym okresie :)

Edit: tak na szybko jeszcze dwie rzeczy, które w moim przypadku były dosyć ważne. 1- ograniczenie korzystania lub całkowite usunięcie konta na niektórych portalach społecznościowych (Facebook, Instagram itp.) Oglądanie podrasowanych internetowych żyć jakichś pseudoznajomych nie jest do niczego potrzebne :P Jak jestem ciekawa, co u kogoś słychać, to po prostu dzwonię :) 2 - wolontariat. Przy braku czasu może być z tym ciężko, ale pozwala z pewnością poczuć się komuś potrzebnym i nabrać odpowiedniego dystansu do własnych problemów.
Dzięki za odpowiedź. Nie jestem wierząca, ale to z tą praktyką wdzięczności może powinnam spróbować. W natłoku tego wszystkiego nie znajduję w ogóle czasu na sport... Często mam tak, że jestem za zmęczona, albo usypiam na siedząco (mimo, że dopiero np. 19), albo bardzo mnie bolą nogi... I tak koło się zamyka.
W moim przypadku kasowanie Facebooka nie byłoby dobrym pomysłem... Utrzymuję przez messenger kontakt z kilkoma osobami z Polski, które nie mają innego komunikatora, a Instagram używam do promocji moich zdjęć i inspirowania się.
Co do ograniczania obowiązków, to zauważyłam, że często ograniczam sprzątanie pokoju :D

ODPOWIEDZ