Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

W tym dziale rozmawiamy o radościach i problemach, jakie dla introwertyków wynikają z bycia w związku.
rad19dym
Introwertyk
Posty: 115
Rejestracja: 20 gru 2014, 23:09
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 4w5

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: rad19dym » 21 gru 2014, 22:03

Może to i racja z tą "presją otoczenia".
Po głębszym przemyśleniu, i dzięki wam, w końcu doszedłem do wniosku, że na razie mogę żyć samemu.
I dzięki temu się dowiedziałem, kogo mi brakuje. Ale to może nie w tym temacie.
Więc jeszcze raz dzięki za pomoc.
A. i jeszcze jedno:
Miszka pisze:Na pewno dziewczyny znasz wszystkie dziewczyny z Twojej okolicy na tyle dobrze aby je osądzać?
Poza tym, że one nie znają mnie w dużym stopniu (a już na pewno nie mają pojęcia o tym, że jestem introwertykiem), to wystarczy wiedzieć, że są one ZAJĘTE.

Awatar użytkownika
Corpseone
Introwertyk
Posty: 85
Rejestracja: 02 lip 2014, 11:25
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 4w5
MBTI: INFP
Lokalizacja: Zawiercie

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: Corpseone » 28 gru 2014, 0:18

Pierwszy i jedyny jak dotychczas raz zakochałem się, jak miałem 19 lat. Trwało to przez 6 lat i rozpadło się w październiku tego roku. Na samym początku pamiętam, że nie zabiegałem, nie "podrywałem", właściwie samoistnie trafiła mnie strzała Amora. Tak jest chyba najlepiej, nic na siłę. Ważne, by się dobrze dobrać. Ja i moja była dziewczyna byliśmy skrajnie odmiennymi temperamentami i to było źródłem wielu konfliktów (ona sangwiniczko-choleryczka, ja wyraźny flegmatyk z wpływami melancholika). Teraz nie mam pojęcia, jak to się dalej potoczy. Z jednej strony przed tym związkiem nie miałem i nie zabiegałem, by się z kimś wiązać, na studiach nagle mnie trafiło i teraz po sześciu latach bardzo ciężko na nowo się przyzwyczaić do samotności czy też stanu wolnego. W najbliższym czasie chyba też nie zamierzam się angażować w żadne bliższe relacje damsko-męskie (płytkie relacje w moim przypadku nie wchodzą w ogóle w rachubę).

rad19dym
Introwertyk
Posty: 115
Rejestracja: 20 gru 2014, 23:09
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 4w5

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: rad19dym » 02 mar 2016, 23:07

Minęło sporo czasu, od kiedy napisałem ostatniego posta w tym temacie.
Lecz w końcu odnalazłem odpowiedź na pytanie będącę nazwą tego tematu.

A na dodatek zrozumiałem jeszcze, czemu w ogóle zadałem takie pytanie.

Wynikało to z tego, że w moim dotychczasowym życiu nie miałem prawie żadnych kontaktów z dziewczynami (czy to z sąsiedztwa, czy to ze szkoły). Przez to nie mogłem nabrać...... doświadczenia w rozmowach. One stały się dla mnie "wielką niewiadomą".
Bałem się zagadać z tego powodu, że powiem coś nieodpowiedniego i będę w "centrum uwagi".
Po prostu - byłem (i nadal jestem) tchórzem....
Mijały tak lata, a ja wciąż trwałem w tym stanie, nie podejrzewając, jak to wpłynie na dzisiejsze czasy.......
Bo wtedy mi nie zależało na niczym, tylko na................. nie wiem, akceptacji?

Gdybym tylko wcześniej wiedział o moim introwertyźmie, to może lepiej by się potoczyło moje dalsze życie.
Bo teraz wygląda to tak, że koleżanek nie mam i z powodu tego lęku, który mnie trapi od dzieciństwa, boję się spróbować jakąś znaleźć.

Więc co dopiero myśleć o dziewczynie..........

PS: Wiem, wiem - Złota Łopata za odkop roku. Rozumiem. Ale chciałem przynajmniej ten temat zakończyć.

Awatar użytkownika
Hydro
Intronek
Posty: 29
Rejestracja: 18 sty 2016, 3:12
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w4
MBTI: INFP
Lokalizacja: kujawsko-pomorskie

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: Hydro » 03 mar 2016, 0:58

Ok, nie masz doświadczenia z kobietami przez co boisz się podejść do kobiety – i jak to mówi mój wujek – zagaić rozmowę, co przekłada się na totalną pętlę z której nie można uciec.

Teraz czas na krótką opowieść z życia wziętą!

Jakoś tak w początkowych czasach szkoły średniej, kiedy to młody człowiek potrzebował na swoje potrzeby jakiegoś ogólnodostępnego środka płatniczego - często wybierał się do jakieś tam pracy dorywczej, sezonowej czy coś na wakacje. W moim mieście bardzo łatwo było zostać osobą która roznosi ulotki, ale nie takie po domach – tylko wprost do ręki, przechadzając się po najbardziej obleganej przez pieszych ulicy. I takim kimś zostałem ja, chodziłem wyciągałem rękę czekałem aż ktoś weźmie nośnik reklamowy albo i nie - no big deal. Taka sielanka nie trwała długo, meldując się rano w biurze dostałem informację, że będę musiał wykorzystać swoje zdolności interpersonalne i zapraszać konkretny target na pewne wydarzenie – owym celem okazały się kobiety w wieku mniej więcej klasy maturalnej. Pomyślałem super! Ten sarkazm wypowiedziany w mojej własnej głowie aż zaczął się wylewać uszami – przecież nie zagadam, nie podejdę od tak, na bogów… Płacili za to więcej, zgodziłem się. Podchodziłem, gadałem, ciekawiłem, byłem przez moment w centrum uwagi dziewczyn – nawet jeśli się przejęzyczyłem, powiedziałem coś nie tak – nic się nie stało, żadna mnie nie wyśmiała, oczywiście były też zlewki – nie mam czasu, nie interesuje mnie to – ale było to wszystko akceptowalne, po pewnym czasem czułem, że nawet jeśli bym został przez jakąś ostro negatywnie odebrany – ściekło by to po mnie i zaraz bym wypatrzył kolejną ofiarę mojej reklamowej pracy (notabene, nie wciskałem totalnego crapu tylko informację o całkiem względnie interesującym wydarzeniu). Teraz najlepsze, nie rozmawiałem też tylko stricte w charakterze ofertowym, czasem sobie z kimś pogadałem dłużej, pośmiałem, schodziłem na tematy muzyczne.

I tak oto przekonałem się, że kobiety nie gryzą, można podejść i normalnie porozmawiać, jak coś źle powiesz to nic się nie stanie – najgorsze co można spotkać na tej drodze to tylko zlewka.

Rada dla rad19dym jest taka, stań sobie na takiej ulicy – zapytaj 10 kobiet o godzinę, następne 10 o to gdzie jest najbliższy sklep muzyczny… Mam nadzieje, że rozumiesz ten wzór i masz świadomość podnoszenia sobie poprzeczki.

Wiem, że wyszły z tego też takie rady dla mocno nieśmiałych, to na koniec dodam i się pochwalę, że jeszcze za czasów ulotkowych dzięki tej historii – rozdałem ulotkę z telefonami Prezydentowi miasta i powiedziałem, żeby sobie popatrzył i jakiś wybrał, a on że chętnie zobaczy i zapytał się jaki polecam – wtedy jeszcze interesowałem się nowinkami technologicznymi to trochę porozmawialiśmy – true story.

lukasamd

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: lukasamd » 24 kwie 2016, 18:29

A ja się podepnę pod wątek, ale z nieco innego powodu - bo owszem, kiedyś byłem jak autor, ale od dawna jest inaczej. W tym roku spotkałem się już z kilkoma nowo poznanymi osobami: najpierw znajomość w internecie (bo z okolic to pustki), potem sms, no a potem spotkanie, rozmowa, spacer, herbata czy pizza. To co napisał Hydro jest puentą wszystkiego - może początkowo (jeszcze ze 2 lata temu) miałem obawy, strachałem się. Ale teraz? Każde spotkanie to ciekawość, to myśli, co tym razem mnie zaskoczy lub nie.

Inna sprawa że... jakoś tracę na takie spotkania ochotę. Bo póki co niewiele z nich wynika: raczej na zasadzie, że albo mi ktoś nie odpowiada, albo ja komuś, albo obie strony po spotkaniu już nie nawiązują kontaktu, co jest chyba doskonałym przykładem, że "to nie to". Nie wiem... po prostu nie wyobrażam sobie budowania relacji bez tego czegoś, takiego "whow", które by mnie do kobiety przyciągało. Nie wydaje mi się, abym mógł być dla jakiejkolwiek tylko przyjacielem - a i raczej bym tego nie chciał. Można więc podsumować to tym, że "szukam" takiej osoby, z którą będę chciał przebywac, która swoim urokiem spowoduje, że będę będę się starał i walczył. No ale.. po kilku próbach nadszedł chyba czas, aby powiedzieć: pass. Teraz dla przykładu mam okazję się po raz drugi z kimś spotkać, ale czy realnie chcę... w sumie chyba nie.

psubrat
Intro-wyjadacz
Posty: 387
Rejestracja: 07 maja 2016, 0:29
Płeć: mężczyzna
Lokalizacja: Warszawa

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: psubrat » 13 maja 2016, 12:02

Ja też opiszę swoje doświadczenia i wnioski z nich.

Do wieku około 28 lat dziewczyny spoza rodziny dla mnie praktycznie nie istniały. Nie odczuwałem potrzeby, by przebywać w ich towarzystwie - czasem się trafiło, że jakaś się w towarzystwie znalazła, ale NIGDY czas spędzany z dziewczynami nie był tak interesujący, jak w gronie 100% męskim - każdy to pewnie zna - zawsze znajdzie się ktoś, kto po zobaczeniu dziewczyny zaczyna pajacować, co poza nim - i być może dziewczyną - nikogo nie bawi.

Z czasem dałem się przekonać, że "należy" dążyć do tego swojego "szczęścia" i trzeba sobie odpowiednią dziewczynę znaleźć. Popróbowałem na portalach, ponieważ to według mojego umysłu wydawało się logiczne - znaleźć dopasowanie pod względem zainteresowań, co ze względów wtedy jeszcze dla mnie nie zrozumiałych, nie udawało się na żywo.
I tam doznałem dużego olśnienia: kompletnie nie rozumiem ich podejścia! Nasze sposoby rozumowania różnią się drastycznie. Nie trafiłem ani jednej myślącej chociaż trochę podobnie, podczas gdy chłopaków myślących podobnie trochę w moim życiu znałem. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie np. to, że o ile na żywo wielokrotnie zdarzało mi się, że dziewczyna sama podchodziła do mnie i szukała tematu do rozmowy, to na portalu - gdzie niby to wszystkie osoby SZUKAJĄ - większość sugerowała, że robi łaskę, że w ogóle założyła sobie konto, a takich które same próbowały nawiązać kontakt: zero.

Jednak kilka dziewczyn też poznałem na żywo. Były owszem sympatyczne, ale do zrozumienia się, jakie mam z niektórymi męskimi kolegami, było niezwykle daleko.
Zacząłem też obserwować relacje w rodzinie - nie między małżonkami, lecz ogólnie między krewnymi różnych płci - normą jest, że mężczyźni trzymają się z mężczyznami, kobiety z kobietami.

Wtedy dotarło do mnie, że to legendarne porozumienie bez słów między "dwoma połówkami" to czysta fikcja. Dotarło do mnie, że mężczyzna może dostać od kobiety dzieci, być może jakąś tam pomoc w paru drobnych sprawach, ale mitycznego zrozumienia - nigdy nie otrzyma.

Czy warto wchodzić w związek, każdy odpowie sobie sam, ale lepiej aby przy podejmowaniu decyzji znał rzeczywiste koszty i korzyści, a nie baśniowe. Ja w tej chwili dałem priorytet innym sprawom, które byłoby mi trudniej zrealizować, gdybym musiał szukać kompromisów z kobietą.
Ożenić się, to jest poz­być się połowy swoich praw i pod­woić w za­mian swo­je obo­wiązki. (Schopenhauer)

Awatar użytkownika
ponuraczek
Rozkręcony intro
Posty: 155
Rejestracja: 06 gru 2014, 21:34
Płeć: kobieta
Enneagram: 5w4
MBTI: INTJ

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: ponuraczek » 13 maja 2016, 13:56

psubrat pisze: I tam doznałem dużego olśnienia: kompletnie nie rozumiem ich podejścia! Nasze sposoby rozumowania różnią się drastycznie. Nie trafiłem ani jednej myślącej chociaż trochę podobnie, podczas gdy chłopaków myślących podobnie trochę w moim życiu znałem. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie np. to, że o ile na żywo wielokrotnie zdarzało mi się, że dziewczyna sama podchodziła do mnie i szukała tematu do rozmowy, to na portalu - gdzie niby to wszystkie osoby SZUKAJĄ - większość sugerowała, że robi łaskę, że w ogóle założyła sobie konto, a takich które same próbowały nawiązać kontakt: zero.
Ogólnie nie wiem, czy jesteś tego świadomy, ale one mogły pisać tam nie tylko z tobą. I po prostu tamci inni faceci bardziej je zainteresowali swoją osobą.
psubrat pisze: Wtedy dotarło do mnie, że to legendarne porozumienie bez słów między "dwoma połówkami" to czysta fikcja. Dotarło do mnie, że mężczyzna może dostać od kobiety dzieci, być może jakąś tam pomoc w paru drobnych sprawach, ale mitycznego zrozumienia - nigdy nie otrzyma.
Bo może nie trafiłeś na odpowiednie kobiece towarzystwo :P Ja tam mam wiele wspólnych tematów z facetami (chociaż nie wiem, jak to wygląda z ich strony xd) i w sumie płeć drugiej osoby nie ma dla mnie znaczenia podczas przyjacielskiej rozmowy. Rozumiem, że mężczyźni w swoim własnym gronie mogą się zachowywać trochę inaczej i bardziej, hm, "męsko" niż w towarzystwie kobiety, ale nie wyklucza to znalezienia tej niby "połówki", czyli kobiety z którą można znaleźć płaszczyznę porozumienia i robić coś więcej niż wspólnie wychowywać dzieci.

Poza tym można by było dywagować nad tym, czy w ogóle jeden człowiek jest w stanie zrozumieć drugiego, bez względu na płeć i czy tak naprawdę nie jesteśmy skazani na całkowitą samotność naszych myśli i pragnień, ale to chyba nie jest przedmiotem dyskusji :P
"Jeżeli o mnie chodzi, nigdy nie miałem przekonań. Zawsze miałem wrażenia. "
Fernando Pessoa

psubrat
Intro-wyjadacz
Posty: 387
Rejestracja: 07 maja 2016, 0:29
Płeć: mężczyzna
Lokalizacja: Warszawa

Re: Mieć, albo nie mieć... dziewczyny.

Post autor: psubrat » 13 maja 2016, 16:41

Bo może nie trafiłeś na odpowiednie kobiece towarzystwo
Oczywiście dużo rzeczy można tłumaczyć zbiegiem okoliczności, ale...
Chodziliśmy do szkół koedukacyjnych, nie ma też żadnych zakazów pojawiania się kobiet w publicznych miejscach, w których przebywam/przebywałem, a jakoś kolegów, z którymi się rozumiałem, dało się znaleźć, podczas gdy dziewczyn - nie.

I samo istnienie kilku wątków (tych w rodzaju jak/gdzie poznać dziewczynę) tu na forum świadczy o tym, że moje doświadczenia w tym względzie nie są unikalne, lecz bardzo powszechne.
Ożenić się, to jest poz­być się połowy swoich praw i pod­woić w za­mian swo­je obo­wiązki. (Schopenhauer)

ODPOWIEDZ