Kolejny temat z cyklu "się nie znam, ale się wypowiem"

.
Zacznę może od tego, że dołączam do grona osób, które wybrały odpowiedź "nie" w powyższej ankiecie. Ba, ja nigdy nie miałem nawet znajomej płci pięknej, a co dopiero kogoś więcej. Szczerze mówiąc to moja najdłuższa rozmowa z jakąkolwiek dziewczyną nie trwała dłużej niż kilka minut. Wyjątek od tej reguły stanowi jedynie pewna jałowa konwersacja z czasów licealnych za pośrednictwem gg, trwająca bodaj kilka godzin z bliżej nieznaną mi osobą, która podawała się za moją rówieśniczkę (czyli - jeśli wierzyć temu co napisała - mieliśmy wtedy jakieś 16-17 lat). Niestety poprzez zadawanie takich a nie innych pytań (nie pamiętam o co dokładnie pytała, ale były to pytania w stylu "czy lubisz ser ?", albo, "jaki masz kolor skarpetek ?" :lol: ) sprawiała wrażenie, jakby była o 5 lat młodsza.
Jeżeli mam być szczery to ciężko mi uwierzyć w to, abym mógł być kiedykolwiek w jakimkolwiek związku. Przede wszystkim wynika to z faktu, iż jestem strasznie nudnym człowiekiem. Nie ma zbyt wielu tematów na które można by ze mną porozmawiać, a i tak rozmowa ze mną przypomina raczej robienie wywiadu, bo rzadko kiedykolwiek cokolwiek mówię z własnej inicjatywy. Na dodatek odnoszę wrażenie, że mój "urok" osobisty generalnie od zawsze odstraszał płeć piękną i wzbudzał w niej coś na granicy politowania i przerażenia. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kwestia organizacji wolnego czasu. Szczerze mówiąc nigdy nie mam pomysłu jak go spędzać, a zazwyczaj wszelkie inicjatywy budzą moje obawy (aquapark nie bo się utopię, skok na bungee nie bo lina się urwie, wchodzenie po schodach nie bo się połamię :lol: , i.t.d.). Dlatego z wyżej wymienionych powodów oceniam obiektywnie swoje szanse na znalezienie drugiej połówki na coś z zakresu 0-1 %.
Kolejnym problemem jaki towarzyszy mi w związku z tą tematyką to skłonność do idealizacji kobiet, wynikająca prawdopodobnie z kiepskiej ich znajomości. Niemal zawsze widzę w przedstawicielce płci pięknej bardziej kogoś, kim chciałbym aby była niż w rzeczywistości jest. Gdzieś tam w głębi mojej psychiki mam zakorzeniony stereotyp kobiety jako osoby czułej, wrażliwej i delikatnej, stojącej w opozycji do męskiej brutalności i bezwzględności. To prawdopodobny powód, dla którego widok niewiasty np. wulgarnej, palącej papierosa czy z kolczykiem w ustach budzi we mnie niechęć i zapala się lampka z napisem "nie, ona na pewno nie jest tą jedyną". Co gorsza bardzo często spoglądam na dziewczynę przez pryzmat potencjalnej miłości, zamiast potraktować ją jak normalnego człowieka, przez co spotkanie z każdą z nich od zawsze powodowało we mnie kilkukrotnie większy stres, niż z osobnikiem mojej płci, co w efekcie doprowadziło do kilku nieporozumień i dorobienia sobie łatki człowieka, który nie rozumie kobiet.
Po przeczytaniu powyższych akapitów to co znajdzie się w tym może się wydawać pewnym zaskoczeniem ale... pomimo iż mój zdrowy rozsądek podpowiada mi "nie myśl o tym i tak nic z tego nie będzie", to moje serce mówi coś zupełnie innego. Szczerze mówiąc na liście moich marzeń znalezienie drugiej połówki jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Nie wiem skąd bierze się to pragnienie czy wręcz tęsknota za czymś czego nie doświadczyłem, ale spędzam co najmniej godzinę dziennie na myśleniu o chwili, w której mówię mojej wyimaginowanej kobiecie o tym, jakim uczuciem ją darzę i doprowadzam sam siebie do stanu wzruszenia, jaki być może towarzyszyłby mi, gdyby zdarzyło się to naprawdę. Innym razem dochodzi do tego, że po prostu płaczę narzekając na to, że jestem sam, nie mogąc zrozumieć i pogodzić się z tym, że inni tego doświadczyli, a ja wciąż mogę jedynie o tym pomarzyć. Przy czym czasem odnoszę wrażenie, że taka romantyczna chwila może pozostać jedynie w mojej wyobraźni, gdyż wrodzona skłonność do tłumienia silnych uczuć wśród innych prawdopodobnie uniemożliwiłaby mi przeżycie czegoś takiego, co jeszcze bardziej pogłębiłoby mój stan emocjonalnej agonii.