Nigdy nie miałem problemu, żeby zagadać do obcej osoby, nie ważne - kobiety czy mężczyzny, ale pod warunkiem że miałem jakiś interes, chociażby spytanie się o drogę. Co innego, gdybym miał zagadnąć do obcej dziewczyny, żeby jej powiedzieć że mi się podoba - nie wiem czy można nazwać to nieśmiałością, ale po prostu czułbym się z tym głupio. Chociaż nie raz pamiętam, jak wizualizowałem sobie w głowie scenariusze przeprowadzenia takiej rozmowy, to jakoś nigdy nie zebrałem się na odwagę. Ale przecież ekstrawertycy również zbyt często tego nie robią.
Moim zdaniem problemem jest nie tyle nieśmiałość, co nieumiejętność stwarzania sobie odpowiednich sytuacji, umożliwiających poznanie kogoś. Bo przy odpowiedniej aurze, naprawdę można być nieśmiałym, a jednak wykrzesać z siebie choć uśmiech czy widoczne, długie skrzyżowanie spojrzeń i już coś może zadziałać. Nigdy nie wygrasz w totka, nie kupując ani jednego losu.
Nigdy za często nie wychodziłem na imprezy czy jakiekolwiek inne spotkania towarzyskie, więc siłą rzeczy nie miałem okazji nikogo poznać. Był jednak taki okres w moim życiu, że wybitnie ekstrawertyczny kuzyn zechciał zatroszczyć się o moje życie towarzyskie (i chwała mu za to! to najlepsze chyba, co mnie spotkało). Dzięki temu zacząłem pojawiać się w jego towarzystwie, a nowa, niewiele odzywająca się twarz budziła pozytywną ciekawość, zwłaszcza płci pięknej. Podczas takich spotkań wpadła mi w oko pewna osóbka - najpierw było znalezienie wspólnej rzeczy którą lubiliśmy, żeby zawsze można było zagaić rozmowę, potem coraz dłuższe krzyżowanie spojrzeń, inicjowanie sytuacji, w których mogliśmy pobyć moment sam na sam, jakieś dwuznaczne muśnięcia dłoni przy podawaniu browarka. Takie niby duperele, a po paru tygodniach bum - sms od niej. No i dalej już jakoś się potoczyło
Potem po paru latach związku i po zerwaniu znowu latami byłem samotnikiem i nie znalazłem nikogo nie dlatego, że nie potrafiłem, tylko dlatego że brak mi było chęci do ruszenia tyłka i wyjścia ze znajomymi. No ale jak tylko nadarzyła się okazja

... Nie chcę zabrzmieć tu zbyt "cwaniacko" - po prostu w jednym momencie nałożyło się tyle pozytywnych warunków ku temu by rozpocząć bliższą znajomość, że nie dało się tego spartolić. Zacząłem zajęcia z języka obcego na uczelni (język na tyle oryginalny, że osoby które się na niego zapisały siłą rzeczy musiały mieć podobne zainteresowania). A więc nowa grupa, a w niej jedna, wyjątkowo śliczna, roześmiana kobieta, ekstrawertyczka, wiecznie otoczona wianuszkiem absztyfikantów. Ja oczywiście trzymałem się na uboczu, onieśmielony i zażenowany perspektywą brania udziału w "zlocie kogucików", przez parę miesięcy nie powiedziałem do niej nawet słowa. Pewnego dnia przychodzę spóźniony na zajęcia, a grupa akurat zbiera się do wyjścia na piwo - z prowadzącym. Kto był inicjatorem przedsięwzięcia? Oczywiście Ona, a któż by inny. No to jak wszyscy, to ja też idę, tym bardziej że zajęcia i tak miały być prowadzone. Docieramy do klubu, ustawiamy ławki i krzesła żeby pomieścić te -naście osób i wykorzystałem pierwszy atut - usiadłem koło niej. Po chwili wymieniliśmy się już mailami - miałem podesłać jej skany notatek

. Zajęcia się skończyły, niektórzy mieli inne więc musieli iść, niektórzy zostali. Z czasem, i z wypitymi browarami towarzystwo zaczęło się wykruszać i została nas trójka. Akurat tego samego dnia znajomi z roku robili ognisko. Ośmielony paroma browarami zaprosiłem nań pozostałych. Po drodze pan "trzeci" się wykruszył i zostaliśmy sam na sam - tego było mi trzeba. Po drodze na ognisko zahaczyliśmy o moje mieszkanie, ażebym mógł się przebrać... I właściwie resztę mogę pominąć

Żeby nie było - doszło tylko do pocałunków, a browara było na tyle że oboje rano nie pamiętaliśmy czy to prawda czy sen. Jak najszybciej napisałem jej więc maila "z obiecanymi notatkami", dodając małego PS'a

odpisała, dodająć PS'a od siebie, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu że trzeba iść za ciosem, bo jej się podobało. I tak spędziliśmy razem kolejne lata
Także moi drodzy introwertycy, podpisuję się pod tym co pisał użytkownik Pałer_Frytas:
Najtrudniejszym etapem wszelkiego podrywania jak się zdaje jest znalezienie kogokolwiek do podrywania. Introwertyk raczej nie ma szerokiego grona znajomych, a co się rzekło na imprezach częsciej go nie ma jak jest. I o ile pierwszy etap poznawania kogoś można przejść dość spontanicznie w odpowiednich warunkach to siedząc w domu ciężko kogoś nowego poznać.
Niestety nie poderwiemy nikogo, siedząc w domu. Trzeba starać się od czasu do czasu wychodzić na imprezy, lub brać udział w różnych inicjatywach społecznych, zwłaszcza takich gdzie jest dużo nowych twarzy, a prędzej czy później natrafi się okazja. Polecam grupowe kursy języków obcych
