Re: Związki - ogólnie
: 23 sie 2010, 23:20
A'propo odchyłow - ja też tak twierdziłem, jak się okazało - błędnie
Tak ze na prawdę nic nie wiadomo :wink:
Tak ze na prawdę nic nie wiadomo :wink:
Miejsce spotkań ludzi takich jak Ty!
https://introwertyzm.pl/
Warto wierzyć w przyjaźń, to jedyna ludzka idea, w którą tak na prawdę jeszcze wierzę, bo myślę, że jej doświadczam (pomimo, że jak każdy też miałem fatalne doświadczenia i to całkiem niedawno). A w tzw. miłości nie widzę nic więcej niż przyjaźń plus pożądanie - tak, to też jest cudowne:)nikya pisze:Mi nie chodziło o samotność w sensie spędzania czasu bez nikogo, bo to też lubię - jak chyba każdy introwertykAgata pisze:A samotność mi nie przeszkadza, szukam jej całymi dniami.. Chodziło mi o samotność jako brak drugiej osoby, o - choć może to tragicznie zabrzmi
- bycie samemu na tym świecie. Zawsze można szukać przyjaźni, ale ja przestałam wierzyć w przyjaźń, więc zostaje związek natury romantycznej
.
Przyjaźń zniosę. Bezpieczny dystans (psychiczny), nikt nie wymaga ode mnie więcej niż chcę dać sama.nikya pisze:Mi nie chodziło o samotność w sensie spędzania czasu bez nikogo, bo to też lubię - jak chyba każdy introwertyk. Chodziło mi o samotność jako brak drugiej osoby, o - choć może to tragicznie zabrzmi
- bycie samemu na tym świecie. Zawsze można szukać przyjaźni, ale ja przestałam wierzyć w przyjaźń, więc zostaje związek natury romantycznej
.
Ja właśnie nie doświadczam i nie doświadczyłam nigdy, w tym może być problem. Poza tym zauważyłam, że wszyscy moi znajomi, którzy mają prawdziwych przyjaciół, są ekstrawertykami, zaś introwertycy albo mają przyjaciół toksycznych, albo mają za sobą złe doświadczenia - zawiedli się na osobie, którą uważali za przyjaciela. Zatem z moich obserwacji wynika, że jako introwertyk nie mam większych szans na przyjaźńsam1984 pisze:Warto wierzyć w przyjaźń, to jedyna ludzka idea, w którą tak na prawdę jeszcze wierzę, bo myślę, że jej doświadczam (pomimo, że jak każdy też miałem fatalne doświadczenia i to całkiem niedawno).
Agata pisze:W związku nigdy nie byłam i prawdopodobnie nigdy nie będę, co wynika z mojego charakteru.
Haha, a jednak.Piorun23 pisze:W sumie od zawsze stawiałem na sobie krechę i twierdziłem że jestem osobą absolutnie antyzwiązkową.
I tak było dopóki w zeszłym roku nie zostałem znaleziony, wywabiony z mojego mentalnego bunkra i ostrożnie oswojony.
Coś w tym jest. Ja, niestety, jestem w związku na odległość, ale z moim chłopakiem (introwertykiem) nie musimy panikować, że się zdradzimy, jak ta druga osoba wyjedzie do siebie. A tego lęku (często uzasadnionego) jest pełno w związkach (mniej lub bardziej na odległość) ekstrawertyków. I bardzo często się rozpadają po krótkim czasie. Nie, że introwertycy nie zdradzają, ale całkiem możliwe, że rzadziej.RobX pisze:Nadmiernie towarzyscy i rozrywkowi ekstrawertycy/ekstrawertyczki ciągle szukają nowych wrażeń i wyzwań, więc szybko znudzają się wciąż tym samym partnerem/partnerką.
Ekstrawertycy mają więc sporą i wręcz automatyczną skłonność do niestałości w uczuciach i do zdrady, bo te cechy są po prostu wpisane w ich osobowość i temperament.
Agata pisze:musiałabym dostosować się do tej drugiej osoby (tak, tak, to działa w obie strony), przejąć część jej nawyków i udostępnić swoje, a to jest trochę przerażające.
Agata pisze:Koniec niezależności.
Agata pisze:Poza tym wątpię czy na tym świecie istnieje człowiek będący w stanie przetrwać (nie wspominając nawet o akceptacji) moje odchyły i nie oczekujący zbyt wiele w zamian.
śnieżka pisze:że nie jestem zdolna do 'burzliwych miłości i wielkich namiętności'. Czasem zastanawiam się dlaczego moje serducho do tej pory nie zabiło mocniej w obecności żadnego człowieka i mam wrażenie, że to JA SAMA nigdy nie pozwoliłam sobie się zakochać.
Otóż to Drogie Koleżanki, a może to jakiś gen singlosamotności, albo nieparowalności? ;>milka0507 pisze:Też do niedawna myślałam,że chciałabym być w związku,ale doszłam jednak do wniosku, że to nie dla mnie.
To by była nawet fajna rzecz na dopytujące się o chłopaka ciotkihiksa pisze:Otóż to Drogie Koleżanki, a może to jakiś gen singlosamotności, albo nieparowalności? ;>
Ja myślę, że dużo ludzi ma w sobie gen singlowatości.... dopóki się naprawdę nie zakocha, czego wam życzę :wink:Agata pisze: To by była nawet fajna rzecz na dopytujące się o chłopaka ciotki.
Mam gen singlowatości
O to to to. Moge sie jedynie pod tym podpisac wszystkiema recamy i nogamy. Moje dotychczasowe zwiazki na odleglosc (z ekstrawertyczkami) rozlecialy sie, ostatni wrecz z hukiem. Moze to niesprawiedliwe uogolnianie, ale podpisuje sie tez pod tym co mowi RobX. Jak dotad kilkakrotnie zdarzylo mi sie byc strona zdradzana, nigdy zdradzajaca.Inno pisze:Coś w tym jest. Ja, niestety, jestem w związku na odległość, ale z moim chłopakiem (introwertykiem) nie musimy panikować, że się zdradzimy, jak ta druga osoba wyjedzie do siebie. A tego lęku (często uzasadnionego) jest pełno w związkach (mniej lub bardziej na odległość) ekstrawertyków. I bardzo często się rozpadają po krótkim czasie. Nie, że introwertycy nie zdradzają, ale całkiem możliwe, że rzadziej.RobX pisze:Nadmiernie towarzyscy i rozrywkowi ekstrawertycy/ekstrawertyczki ciągle szukają nowych wrażeń i wyzwań, więc szybko znudzają się wciąż tym samym partnerem/partnerką.
Ekstrawertycy mają więc sporą i wręcz automatyczną skłonność do niestałości w uczuciach i do zdrady, bo te cechy są po prostu wpisane w ich osobowość i temperament.
Nawiązując do ostatnich słów (ale nie sensu całej Twojej wypowiedzi) to muszę powiedzieć, że zastanawia mnie, dlaczego uważa się powszechnie, że jak dwoje ludzi jest zakochanych, to muszą być między nimi wielkie burzliwe emocje, porywy namiętności, szaleństwa i inne tego typu rzeczy. Czy wszyscy tak mają? Czy w związku introwertyków też tak jest?śnieżka pisze:Przez 23 lata życia zdążyłam siebie poznać i wiem, że nie jestem zdolna do 'burzliwych miłości i wielkich namiętności'.
Ja się nawet swego czasu zastanawiałam, czy aby na pewno jestem zakochana, skoro tych motyli w brzuchu nie umiałam zdefiniować i i się u siebie doszukać, nie byłam pogrążona wyłącznie w myślach o ukochanym obiekcie w stylu: "Dalszym objawem zakochania jest obsesyjne rozmyślanie o ukochanej osobie - do „natręctwa myśli” włącznie. Nie pozwala to myśleć o nauce, pracy, codziennych obowiązkach. Przez zakochanych przebiega strumień intensywnych emocji, wywołując reakcje wegetatywne (jedni chcą skakać, inni bledną, pocą się, przyśpieszają oddech, odczuwają zawroty głowy, skurcze żołądka, w sercu żar, innym drżą kolana). Przeżywają taką euforię, że trudno im jeść i spać. " i ogólnie jakoś tak normalnie i przytomnie się czułam/czuję.nikya pisze:Jako że pragnienie spokojnego związku kojarzy mi się raczej z osobami introwertycznymi, to chętnie bym poznała punkt widzenia osób, które w związku były (o ile to nie jest zbyt osobiste pytanie) - czy początki znajomości to była ta "burzliwa miłość i wielka namiętność" i całkowity brak racjonalnego myślenia? Czy spokojny związek to tylko teoria, która nijak się ma do praktyki?
Brak racjonalnego myslenia jak najbardziej, chociaz u takiego logicznego automata jak nizej podpisany objawialo sie to raczej idealizacja drugiej strony. No i staly haj endorfinowy jest przyjemny ;-)nikya pisze: Jako że pragnienie spokojnego związku kojarzy mi się raczej z osobami introwertycznymi, to chętnie bym poznała punkt widzenia osób, które w związku były (o ile to nie jest zbyt osobiste pytanie) - czy początki znajomości to była ta "burzliwa miłość i wielka namiętność" i całkowity brak racjonalnego myślenia? Czy spokojny związek to tylko teoria, która nijak się ma do praktyki?
Uff, to dobrze wiedzieć, że może obejść się bez publicznych kłótni, strzelania fochów w celu sprawdzenia, czy drugiej stronie zależy, przesadnych huśtawek emocjonalnych, burzliwych rozstań i powrotów oraz innych rzeczy, które tłumaczy się "zdrowymi i normalnymi emocjami w związku". W innym wypadku mogłabym stwierdzić, że jestem zbyt wrażliwa, by się w jakikolwiek pakować, po samej próbie wyobrażenia siebie w takiej sytuacji czuję się zmęczonaInno pisze:Ja się nawet swego czasu zastanawiałam, czy aby na pewno jestem zakochana, skoro tych motyli w brzuchu nie umiałam zdefiniować i i się u siebie doszukać, nie byłam pogrążona wyłącznie w myślach o ukochanym obiekcie (...) i ogólnie jakoś tak normalnie i przytomnie się czułam/czuję.