Cześć wszystkim, jestem Nelia, mam 21lat.
Napiszę "parę" słów coby przybliżyć moją motywację do zagnieżdżenia się w tym miejscu.
W zasadzie od technikum (gdy odkryłam, że moje zamiłowanie do samotności nie jest sprawką dojrzewania) pogodziłam się z faktem, że będę taka już zawsze. Zaakceptowałam siebie, po wielu latach udało mi się przekonać rodziców, że wcale nie jestem "dzika", tylko lubię, a nawet potrzebuję czasu dla siebie, w totalnej samotności. Znalazłam paczkę koleżanek, które były rozgadane, towarzyskie, ale mimo to akceptowały moje milczenie, to, że zawsze siedziałam, coś sobie rysowałam, doceniały moją (od czasu do czasu) krytyczną opinię na poszczególne tematy. W zasadzie wtedy jeszcze nie zastanawiałam się czy jestem introwertyczką czy kimś tam, byłam sobą, wiedziałam, że do utrzymania równowagi psychicznej potrzebne mi jest codziennie 1,5h w ciemnym pokoju, ze słuchawkami na uszach.
Wszystko zmieniło się rok temu po maturze. Zaczęłam studia i zamieszkałam w akademiku. Sama nie wiem jak, ale zdobyłam się na poznanie masy nowych osób. Początki były dla mnie trudne - całe życie miałam swój pokój, własny kąt - a teraz zostałam wrzucona do "worka" z innymi, 24 na dobę. Niesamowicie męczące było dla mnie dzielenie pokoju ze współlokatorką (wspaniała dziewczyna, też trochę stroniąca od świata), nie umiałam się wyluzować mając ciągle kogoś obok siebie, nawet gdy nic do siebie nie mówiłyśmy. Jednak najgorsze jest to, że zatraciłam samą siebie. Podchodzę do ludzi z dystansem, ale lubię ich, Ci, których poznałam na studiach, są niesamowicie przyjaźni i wartościowi, ale z przykrością stwierdzam, że przy nich stałam się rozgadana, roztrzepana. Jestem w stanie gadać o pierdołach godzinami i najczęściej robię to z automatu, czego później (najczęściej weekendami, będąc w domu) żałuję. Przez ostatnie tygodnie udało mi się w końcu trochę wyciszyć, wrócić do dawnego stanu,przez co od miesiąca jestem ciągle dręczona pytaniami co mi się stało, co mnie gnębi. A ja po prostu w końcu po długich miesiącach zdołałam się przebić do mojego świata. Dodatkowo przez święta wreszcie przebyłam parę dni tylko sama ze sobą, więc postanowiłam, że czas najwyższy się tym zająć. Pewnie pomyślicie, że wyolbrzymiam swój problem, ale szczerze boję się, że gdy zostawię to bez nadzoru, to totalnie stracę nad sobą kontrolę i będzie tylko gorzej. Już teraz czuję, że nie jestem sobą, nie akceptuję takiej siebie - wiecznie rozgadanej, nie umiejącej się skupić, dodatkowo wiecznie zmęczonej, nie umiejącej znaleźć motywacji. Od jakiegoś czasu spisuję sobie moje przemyślenia, jednak nie jest to wystarczające, brakuje mi bycia samej ze sobą w czystej postaci.
Na koniec dodam, że mimo spędzenia paru godzin na lekturze tego forum, mam pewne obawy, jak zostanę przyjęta. Widzę, że jest tu grupa osób, które pracują nad sobą, by być bardziej "dla ludzi", a ja tutaj wyjeżdżam z ucieczką do swojego świata. Byłabym wdzięczna za dobre porady od kogoś, kto też "wracał" do bycia bardziej introwertycznym, gdyż nie ukrywam, ciężko tego dokonać w akademiku, w dużym mieście, gdzie wszędzie tłum, ludzie, gwar.
Uff, przeczytałam te wypociny z 30razy, tyle samo przeredagowałam (musi być porządek, nie?) i dziwi mnie, że jestem w stanie wysłać to w eter, skoro wiem, że na dzień dzisiejszy nie ma osoby, której mogłabym się z tego zwierzyć, mimo posiadania trójki wspaniałych przyjaciół.
Pozdrawiam
