Gwiezdne wojny

Dyskusje, pytania, rekomendacje dotyczące owoców kinematografii i telewizji (w tym internetowej).
Awatar użytkownika
highwind
Legenda Intro
Posty: 2131
Rejestracja: 15 paź 2011, 10:27
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 1w9
MBTI: istj
Lokalizacja: wro

Re: Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Post autor: highwind » 31 gru 2018, 16:27

Ja mam jeszcze taki problem, że praktycznie wszystko co było do tej pory w co lepszych grach - Kyle Katarn, Darth Revan, itp., zostało zdakanonizowane. Więc człowiek latami chłonął ten lore, by potem zostać obrabowanym :P Ale zanim pewnie coś nowego wyjdzie, musimy czekać do premiery ep. IX i pewnie potem jeszcze trochę :/

Mówisz, że za nową grę SW ma stać Cory Barlog? Holy shit! Od premiery GoWa obserwuję go na Twitterze i nie tylko. To naprawdę świetna wiadomość. Ale mi hype skoczył :D

A co do ścigałki - ja tam się zagrywałem w Star Wars: Racer. Jeśli miałoby wyjść coś w tym styli - z szaleńczym tempem, zmiennymi mapami, to czemu nie, jestem jak najbardziej za.

No i dzięki za życzenia - Szczęśliwego Nowego również tobie.

Awatar użytkownika
rael
Pobudzony intro
Posty: 139
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Post autor: rael » 31 gru 2018, 16:42

highwind pisze:
31 gru 2018, 16:27
Ja mam jeszcze taki problem, że praktycznie wszystko co było do tej pory w co lepszych grach - Kyle Katarn, Darth Revan, itp., zostało zdakanonizowane. Więc człowiek latami chłonął ten lore, by potem zostać obrabowanym :P Ale zanim pewnie coś nowego wyjdzie, musimy czekać do premiery ep. IX i pewnie potem jeszcze trochę :/

Mówisz, że za nową grę SW ma stać Cory Barlog? Holy shit! Od premiery GoWa obserwuję go na Twitterze i nie tylko. To naprawdę świetna wiadomość. Ale mi hype skoczył :D

A co do ścigałki - ja tam się zagrywałem w Star Wars: Racer. Jeśli miałoby wyjść coś w tym styli - z szaleńczym tempem, zmiennymi mapami, to czemu nie, jestem jak najbardziej za.

No i dzięki za życzenia - Szczęśliwego Nowego również tobie.
Niektóre ze starych pomysłów trafiły do kanonu jak np. Thrawn, więc kto wie - może część z nich trafi do niego z powrotem. Nawet zachowało się coś z KotORów - jeden z ciekawszych arców w The Clone Wars miał miejsce na Onderonie z KotORa 2. Poza tym pojawiły się też Manaan i Korriban (tu pod nazwą Moraband), która została wiernie przeniesiona tak jak wyglądała w grze. Podobno w jednym odcinku miał pojawić się duch Revana. Pomysł jednak został porzucony.

Niestety to nie Cory Barlog. Jeśli dobrze kojarzę to gość nazywał się Stig Asmussen, mam na myśli gościa który pracował przy God of Warze III. Barlog pracował jedynie przy dwójce i tym najnowszym, nieoficjalnej czwórce :) Niestety to nie jest pokazem jakości, bo trójka była (przynajmniej w mojej opinii) najsłabszą częścią. Jednak zgadzam się, nowy God of War był rewelacyjny i z niecierpliwością czekam na kolejną grę, którą zrobi ze swoim zespołem.

Star Wars: Racer był świetny. Zagrywałem się w to za dzieciaka do momentu aż nie ukończyłem wszystkich wyścigów :P

Introman24
Stały bywalec
Posty: 234
Rejestracja: 19 wrz 2016, 21:23
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w6
Lokalizacja: gdzieś na planecie Ziemia

Re: Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Post autor: Introman24 » 01 sty 2019, 20:19

Ale się dyskusja wywiązała na temat umierającej marki
Jeszcze całkiem nie umarła :) "Ostatni Jedi" paradoksalnie pobudził fanów do dyskusji na temat przyszłości serii, do dziś na You Tube powstają filmiki krytykujące ten film i politykę Disneya. Ale jak będzie wyglądała przyszłość pokaże IX część. Pewnie i tak wybiorę się na to do kina. Mimo że teraz nie ma takiego oczekiwania jakie rozpaliło "Przebudzenie Mocy", teraz mało jest spekulacji co dalej.
Co nie? Czasem zastanawiam się dokąd zmierza ten świat i jak daleko zajdzie poprawność polityczna i te podwójne standardy.
Trudno powiedzieć. Z jednej strony jak czytam anglojęzyczne dyskusje na You Tube to widać spore rozczarowanie poprawnością polityczną w popkulturze i są sygnały, że zaczyna się to przekładać na wyniki finansowe koncernów grających według lewicowych zasad (niska sprzedaż nowych komiksów Marvela, dramatycznie słaba sprzedaż zabawek z postaciami z "Ostatniego Jedi", porażka "Solo" w box office) co może je skłonić do zmiany tonu i zaprzestania robienia z naturalnego stanu różnorodności etniczno-rasowej bożka. Lecz wciąż duża grupa ludzi jest zadowolona z takich rozwiązań, a część ma to gdzieś, ponieważ oglądają filmy dla efektów. Pewną próbą sił będzie "Kapitan Marvel" - już teraz jest on krytykowany za siłowe promowanie feminizmu i pojawiają się głosy o bojkocie. Zobaczymy, jak to wypadnie w box office.
A teraz doszukują się jeszcze bardziej dziury w całym i co gorsza, inni temu przyklaskują. W dzisiejszych czasach ciężko jest pokazać cokolwiek aby nikogo nie urazić :P
Dokładnie, przewrażliwienie dzisiejszych czasów jest niesamowite, zwłaszcza jeśli chodzi o mniejszości. Chociaż w skali globu to biała rasa jest mniejszością, a jej wrażliwością nikt się nie przejmuje :)
Z tego co kojarzę, to władze Nowej Republiki oficjalnie nie wspierały Ruchu oporu, ale wspierały go stare kontakty Leii i ludzie, którzy uważali First Order za zagrożenie. Gdzieś czytałem, że Leia była założycielką tego ruchu :) W sumie to ciekawe nawiązanie, zważywszy że jednym ze współzałożycieli Sojuszu był jej ojciec. Ogólnie to Nowa Republika i First Order miały podpisane traktaty o nieagresji, które zobowiązywały obie strony do unikania jakichkolwiek konfliktów. First Order jednak było pierwszym, które "coś" kombinowało. Porywali dzieci żeby trenować je na szturmowców, podbijali odległe światy, które nie były częścią Nowej Republiki, umacniali swoje wpływy za ich plecami.
Napisy w "Przebudzeniu" i przemowa Huxa sugerowały coś innego. Disney i Lucasfilm sami się w tym wszystkim pogubili. Najpierw Ruch Oporu to zielone ludziki Republiki, potem zaś prywatna inicjatywa łamiąca wolę rządu. Paradoksalnie mimo tej całej pacyfistycznej otoczki wokół serii to można dojść do wniosku, że Disney wspiera militaryzację i siłowe rozwiązywanie sporów :) Ale to wszystko spekulacje. Możliwe, co byłoby dość głupie, że Nowa Republika wróciła do stanu sprzed Imperium i nie ma na nic wpływu.

Swoją drogą to zniszczenie Hosnian przez Starkillera nie było najlepszą decyzją First Order. Lepszym celem byłaby planeta z bazą Ruchu Oporu, która wyglądała swoją drogą jak uboga wersja Yavina IV. Demonstracja siły wywarłaby przerażenie w Nowej Republice i co za tym idzie, możliwość zastraszenia, wymuszenia ustępstw na rządzie centralnym oraz możliwość przeciągnięcia części światów na swoją stronę, zwłaszcza że część senatorów i innych polityków ucieszyłaby się z eliminacji podżegaczy do wojny. Chyba, że First Order od początku planował inwazję, ale nie jest to wprost powiedziane.

Awatar użytkownika
rael
Pobudzony intro
Posty: 139
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Post autor: rael » 01 sty 2019, 23:04

Introman24 pisze:
01 sty 2019, 20:19
Jeszcze całkiem nie umarła :) "Ostatni Jedi" paradoksalnie pobudził fanów do dyskusji na temat przyszłości serii, do dziś na You Tube powstają filmiki krytykujące ten film i politykę Disneya. Ale jak będzie wyglądała przyszłość pokaże IX część. Pewnie i tak wybiorę się na to do kina. Mimo że teraz nie ma takiego oczekiwania jakie rozpaliło "Przebudzenie Mocy", teraz mało jest spekulacji co dalej.
Przyznam się, że mój entuzjazm i zainteresowanie nie są tak wielkie jak były zanim poszedłem do kina na Epizod VII, ale są pewne rzeczy w tym nowym kanonie, które mi się podobają. Fakt, wymuszenie że wszystko musi być ze sobą zgodne tworzy problem i w pewnym sensie ogranicza kreatywność. Z drugiej strony jest znacznie więcej fajnych nawiązań, które wyjaśniają mniejsze lub większe luki, które potworzyły się przez te wszystkie lata.

The Clone Wars wprowadziło wiele ciekawych wyjaśnień luk z prequeli, a już w szczególności 6 sezon, który ukazał się po przejęciu Lucasfilmu przez Disney'a. Ostatni Jedi miał fajne pomysły związane z Mocą, np. to połączenie między Rey i Kylo czy sztuczka z projekcją astralną, którą zrobił Luke. Bardzo podoba mi się też to, że nowy kanon stara się wprowadzić pewne stopnie szarości między konfliktem Rebelii i Imperium - nawet wśród Rebeliantów są tacy co muszą "ubrudzić" sobie ręce aby wspomóc innych. Jest też sporo takich pomniejszych detali, które z perspektywy przeciętnego szarego widza nie są aż tak istotne, ale fana? To już zdecydowanie. Dla przykładu, niedawno dowiedziałem się jak w nowym kanonie działają czerwone miecze świetlne. Otóż Sithowie nie poszukują kryształów o czerwonym kolorze, a zamiast tego mają cały rytuał, który polega na zabiciu Jedi, zabraniu kryształu i wypaczeniu go Ciemną Stroną do tego stopnia, że ten zacznie "krwawić" i zmieni swój kolor na czerwony. Mały detal, ale nieźle mnie zaskoczył.
Trudno powiedzieć. Z jednej strony jak czytam anglojęzyczne dyskusje na You Tube to widać spore rozczarowanie poprawnością polityczną w popkulturze i są sygnały, że zaczyna się to przekładać na wyniki finansowe koncernów grających według lewicowych zasad (niska sprzedaż nowych komiksów Marvela, dramatycznie słaba sprzedaż zabawek z postaciami z "Ostatniego Jedi", porażka "Solo" w box office) co może je skłonić do zmiany tonu i zaprzestania robienia z naturalnego stanu różnorodności etniczno-rasowej bożka. Lecz wciąż duża grupa ludzi jest zadowolona z takich rozwiązań, a część ma to gdzieś, ponieważ oglądają filmy dla efektów. Pewną próbą sił będzie "Kapitan Marvel" - już teraz jest on krytykowany za siłowe promowanie feminizmu i pojawiają się głosy o bojkocie. Zobaczymy, jak to wypadnie w box office.
Różnorodność rasowa i zwiększona rola kobiet mi nie przeszkadzają, ale poprawność polityczna oraz kurczowe trzymanie się znanych schematów i znanych postaci są czymś co zdecydowanie pogrążają tą markę. Wydaje mi się, że seria filmów twórców Gry o Tron i The Mandalorian mogą być tym powiewem świeżości, który jest potrzebny tej marce. Utożsamiam je z takim świeżym spojrzeniem, które będzie z dala od kilkudziesięcioletniego bagażu jaki narósł w tej serii. Nie wspominam o trylogii Riana Johnsona, bo wygląda na to że została zepchnięta na dalszy plan. Ewentualnie będzie przeplatana z filmami twórców GoT. Póki co można tu gdybać, Lucasfilm bardzo oszczędnie zdradza swoje plany. Gdzieś ostatnio czytałem coś podobnego o tym co pisałeś w kontekście Kapitan Marvel. Chodzą słuchy, że Kevin Feige chce inwestować w jeszcze bardziej zróżnicowane MCU, więc dopiero czas pokaże jak będzie to wyglądało w rzeczywistości.
]Napisy w "Przebudzeniu" i przemowa Huxa sugerowały coś innego. Disney i Lucasfilm sami się w tym wszystkim pogubili. Najpierw Ruch Oporu to zielone ludziki Republiki, potem zaś prywatna inicjatywa łamiąca wolę rządu. Paradoksalnie mimo tej całej pacyfistycznej otoczki wokół serii to można dojść do wniosku, że Disney wspiera militaryzację i siłowe rozwiązywanie sporów :) Ale to wszystko spekulacje. Możliwe, co byłoby dość głupie, że Nowa Republika wróciła do stanu sprzed Imperium i nie ma na nic wpływu.
Wiele z tego zostało opisane poza kulisami w książkach i komiksach. Swoją wiedzę czerpałem w tym przypadku z Wookiepedii :D Jeszcze nie miałem okazji nic z tego przeczytać. Ogólnie motyw był taki, że wojna między Rebelią a Imperium trwała jeszcze rok po wydarzeniach z Powrotu Jedi. Bitwa o Jakku była tą gdzie Imperium zostało oficjalnie rozwiązane. Tam też powstała Nowa Republika. Większość imperialnych zaczęło żyć w nowym porządku lub zabrała się z innymi do Niezbadanych Regionów. Potem było kilkadziesiąt lat pokoju, w którym Nowa Republika zaczęła stopniowo demilitaryzować swoje siły.

Cztery lata przed Przebudzeniem Mocy z Niezbadanych Regionów pojawił się Snoke i First Order, który w przeciwieństwie do Nowej Republiki rozbudowywał swoją siłę militarną i stopniowo przejmował systemy, które podzielały ich wizję. Chcąc uniknąć potencjalnego konfliktu, obie strony podpisały pakt o nieagresji, który wprowadził je w stan zimnej wojny. First Order cały czas robił swoje, a Nowa Republika umywała ręce bo bali się, że może to doprowadzić do wojny. Leia uważała, że trzeba się temu przeciwstawić zanim będzie za późno, ale nikt nie chciał jej słuchać kiedy wyszło na jaw, że jest córką Vadera. Wtedy postanowiła, że zamiast walczyć w Senacie, czas założyć nową grupę, która będzie gotowa na wypadek gdyby First Order spróbował dokonać inwazji. Wygląda to mniej więcej tak, oczywiście w skrócie.
Swoją drogą to zniszczenie Hosnian przez Starkillera nie było najlepszą decyzją First Order. Lepszym celem byłaby planeta z bazą Ruchu Oporu, która wyglądała swoją drogą jak uboga wersja Yavina IV. Demonstracja siły wywarłaby przerażenie w Nowej Republice i co za tym idzie, możliwość zastraszenia, wymuszenia ustępstw na rządzie centralnym oraz możliwość przeciągnięcia części światów na swoją stronę, zwłaszcza że część senatorów i innych polityków ucieszyłaby się z eliminacji podżegaczy do wojny. Chyba, że First Order od początku planował inwazję, ale nie jest to wprost powiedziane.
Fakt, też się nad tym zastanawiałem czemu właśnie nie zrobili tego w taki sposób. Szczególnie, że te gamonie znały lokalizację Ruchu oporu ;P No ale bez tego nie byłoby kolejnych filmów.

Awatar użytkownika
highwind
Legenda Intro
Posty: 2131
Rejestracja: 15 paź 2011, 10:27
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 1w9
MBTI: istj
Lokalizacja: wro

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: highwind » 02 sty 2019, 0:09

rael pisze:Przyznam się, że mój entuzjazm i zainteresowanie nie są tak wielkie jak były zanim poszedłem do kina na Epizod VII
Z epizodem siódmym było trochę tak jak z Hobbitem. Potężna dawka sentymentu. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam, kiedy po latach mogę odwiedzić jakieś miejsce, w którym już kiedyś byłem. Dostaję wtedy taką fajną mieszankę czegoś nowego z tym co już znane. Mogę poczuć dawne, wspaniałe wspomnienia, a jednocześnie podziwiać to, co nowe i świeże. Ale taki powrót robi robotę jakoś raz na dziesięć lat.
rael pisze:The Clone Wars wprowadziło wiele ciekawych wyjaśnień luk z prequeli
O taki lore nic nie robiłem ;) Mi się bardzo podobały zabiegi zastosowane w Rogue One, które w przyjemny sposób łatały luki fabularne pierwszej trylogii. Czegoś takiego chciałbym więcej. Dlatego Solo to była taka żenada - wyjaśnili że Han ma swój ikoniczny przydomek, bo jak się zaciągał do sił imperialnych, to akurat był sam (rozumiecie idioci? Sam był, czyli Solo). W ogóle chyba Rogue One to mój ulubiony film Star Wars od czasów przejęcia przez Myszkę Miki.
rael pisze:Otóż Sithowie nie poszukują kryształów o czerwonym kolorze, a zamiast tego mają cały rytuał, który polega na zabiciu Jedi, zabraniu kryształu i wypaczeniu go Ciemną Stroną do tego stopnia, że ten zacznie "krwawić" i zmieni swój kolor na czerwony. Mały detal, ale nieźle mnie zaskoczył.
:O Już widzę te questy to nowego KotORa ;)
rael pisze:Różnorodność rasowa i zwiększona rola kobiet mi nie przeszkadzają, ale poprawność polityczna oraz kurczowe trzymanie się znanych schematów i znanych postaci są czymś co zdecydowanie pogrążają tą markę.
Disney nieudolnie próbuje leczyć kompleksy związane z tym jak przedstawiane były postaci kobiece w ich produkcjach od zarania dziejów, jakoś chyba do czasów Mulan. Czyli taka typowa "Disney Princess" - nieporadna, niewinna, ratowana przez księcia z bajki. Taka wizja jest już niepoprawna politycznie dziś, więc wzorcem Ministerstwa Prawdy trzeba zmienić przeszłość. A weźmiemy sobie na przykład takie anime, studio Ghibli, wywodzące się z bardzo skądinąd konserwatywnego narodu japońskiego i co mamy? Księżniczka Mononoke, Nausicaa z Doliny Wiatru, W krainie bogów, itd. Silne główne bohaterki, dzielne, stawiające czoła przytłaczającym przeciwnościom. Aż się boję o Kapitan Marvel. Już trailery zalatują propagandą - popatrzcie w wyrazie Hero znajduje się człon Her!

Awatar użytkownika
rael
Pobudzony intro
Posty: 139
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: rael » 02 sty 2019, 14:55

highwind pisze:
02 sty 2019, 0:09
Z epizodem siódmym było trochę tak jak z Hobbitem. Potężna dawka sentymentu. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam, kiedy po latach mogę odwiedzić jakieś miejsce, w którym już kiedyś byłem. Dostaję wtedy taką fajną mieszankę czegoś nowego z tym co już znane. Mogę poczuć dawne, wspaniałe wspomnienia, a jednocześnie podziwiać to, co nowe i świeże. Ale taki powrót robi robotę jakoś raz na dziesięć lat.
Zgadzam się w pełni. To głównie sentyment przez przywiązanie do marki. No i chęć obejrzenia nowego filmu po ponad 10 latach od premiery poprzedniego epizodu. Kiedy pojawił się crawl z tytułem epizodu i wstępem, to nie powiem, poczułem spore uczucie nostalgii. Potem jednak szału już nie było. Zdążyłem polubić nowych bohaterów, ale sam film zbyt kurczowo trzymał się powielania wątków jakie były w Nowej Nadziei.
O taki lore nic nie robiłem ;) Mi się bardzo podobały zabiegi zastosowane w Rogue One, które w przyjemny sposób łatały luki fabularne pierwszej trylogii. Czegoś takiego chciałbym więcej. Dlatego Solo to była taka żenada - wyjaśnili że Han ma swój ikoniczny przydomek, bo jak się zaciągał do sił imperialnych, to akurat był sam (rozumiecie idioci? Sam był, czyli Solo). W ogóle chyba Rogue One to mój ulubiony film Star Wars od czasów przejęcia przez Myszkę Miki.
Jakoś tak na samym początku emisji Wojen Klonów byłem jednym z tych co przekreślili je po fatalnym filmie pełnometrażowym i kilku pierwszych odcinkach 1 sezonu. Kompletnie nie przypadło mi to do gustu, a humor wydawał się infantylny. Po wielu latach dałem temu drugą szansę i bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Przez kolejne sezony serial bardzo dojrzał, stał się dużo mroczniejszy i wprowadził do tego uniwersum mnóstwo naprawdę fajnych pomysłów, które bardzo mocno rozbudowały lore. Zresztą nie wiem czy zauważyłeś, ale ogłoszenie 7 sezonu spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem w internecie :)

Solo był pod tym względem bardzo przeciętny. Sprawiał wrażenie filmu, który był robiony w formie checklisty gdzie ktoś wymienił wszystko co wiemy o Hanie i stwierdził, że czas to teraz pokazać. A potem po kolei to odfajkowywał. Co do jego nazwiska to pomysł był beznadziejny, ale sięgał do pomysłów, które były już wcześniej. Gdzieś kiedyś czytałem, że Lucas planował pokazać młodego Hana w Zemście Sithów, gdzie ten też nie miał nazwiska. Ten sam wątek był też w książkach ze starego kanonu - "Solo" było nazwiskiem jakie on sam sobie nadał, biorąc je od znanego rodu na Korelii, z którym mógł lub nie być spokrewniony. Generalnie miałem spory problem z tym filmem bo kilka miesięcy wcześniej wpadłem na pomysł aby przeczytać trylogię książek o Hanie. I w zasadzie ta seria zawierała praktycznie to samo, tylko zrobione nieco lepiej. Chociaż to też były takie sobie czytadła :P

Co do Rogue One to doceniłem w nim nostalgię i easter eggi, ale miałem spory problem z bohaterami i ich misją. Coś było nie w porządku skoro z całej ekipy zapamiętałem najbardziej droida. Z resztą mam ten problem, że zawsze muszę przypominać sobie ich imiona :P Z tych wszystkich filmów najbardziej podobał mi się Ostatni Jedi. Wiadomo, w filmie było mnóstwo wad i dziwnych pomysłów. Jednak z tej czwórki najbardziej przypadł mi do gustu :)
:O Już widzę te questy to nowego KotORa ;)
W przypadku Jedi też nieco inaczej podeszli do tematu. W nowym kanonie nie ma tak, że wystarczy dowolny kryształ i heja, wsio ryba, można walczyć. Musi to być taki kryształ, który "przemawia" do tego kto go poszukuje. Więź między kryształem a jego użytkownikiem może być nawet tak silna że może wywoływać wizje, co miało zresztą miejsce w przypadku Rey w Przebudzeniu Mocy.
Disney nieudolnie próbuje leczyć kompleksy związane z tym jak przedstawiane były postaci kobiece w ich produkcjach od zarania dziejów, jakoś chyba do czasów Mulan. Czyli taka typowa "Disney Princess" - nieporadna, niewinna, ratowana przez księcia z bajki. Taka wizja jest już niepoprawna politycznie dziś, więc wzorcem Ministerstwa Prawdy trzeba zmienić przeszłość. A weźmiemy sobie na przykład takie anime, studio Ghibli, wywodzące się z bardzo skądinąd konserwatywnego narodu japońskiego i co mamy? Księżniczka Mononoke, Nausicaa z Doliny Wiatru, W krainie bogów, itd. Silne główne bohaterki, dzielne, stawiające czoła przytłaczającym przeciwnościom. Aż się boję o Kapitan Marvel. Już trailery zalatują propagandą - popatrzcie w wyrazie Hero znajduje się człon Her!
Widziałem ten trailer :D Trochę zabawne, bo w sumie chcę obejrzeć ten film głównie z powodu powrotu Coulsona :P

Awatar użytkownika
highwind
Legenda Intro
Posty: 2131
Rejestracja: 15 paź 2011, 10:27
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 1w9
MBTI: istj
Lokalizacja: wro

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: highwind » 02 sty 2019, 18:05

rael pisze:Z tych wszystkich filmów najbardziej podobał mi się Ostatni Jedi. Wiadomo, w filmie było mnóstwo wad i dziwnych pomysłów. Jednak z tej czwórki najbardziej przypadł mi do gustu :)
Akurat tak się złożyło, że ten wątek natchnął mnie, żeby wczoraj (a właściwie dzisiaj, bo skończyłem jakoś o 2:30 w nocy obejrzeć Ostatniego Jedi. I nie podobał mi się nadal :P. Autentycznie cały wątek Finna i Rose przewijałem, jak tylko widziałem ich twarze. I bardzo żałowałem, że nie pociągnięto jakoś głębiej związku między Kylo, a Rey. No i Snoke :C Szkoda gadać :P

Introman24
Stały bywalec
Posty: 234
Rejestracja: 19 wrz 2016, 21:23
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w6
Lokalizacja: gdzieś na planecie Ziemia

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: Introman24 » 02 sty 2019, 23:18

Różnorodność rasowa i zwiększona rola kobiet mi nie przeszkadzają, ale poprawność polityczna oraz kurczowe trzymanie się znanych schematów i znanych postaci są czymś co zdecydowanie pogrążają tą markę.
Mi też nie przeszkadza to, że w filmach są kobiety oraz kolorowi. Problemem jest to, że są środowiska, które zawsze podnoszą krzyk, jak obsada jest "zbyt biała" i wytwórnie filmowe im ustępują. Nie jest to problem tylko "Gwiezdnych Wojen" ale całego amerykańskiego kina. Więc teraz jak widzę na ekranie kolorową postać, to zastanawiam się czy on/ona dostał/a tą rolę dlatego, że gra dobrze czy bo wytwórnia zażądała by koniecznie była postać o tym wyglądzie. Poprawność polityczna jest jeszcze gorsza - np. w "Łotrze 1" Rebelia to były wszelkie możliwe kolory skóry ale chyba wszyscy imperialni byli biali. Dziwnie to wygląda w świecie, w którym takie podziały nie istniały :)
Nie wspominam o trylogii Riana Johnsona, bo wygląda na to że została zepchnięta na dalszy plan
Czemu mnie to nie dziwi...
Ogólnie motyw był taki, że wojna między Rebelią a Imperium trwała jeszcze rok po wydarzeniach z Powrotu Jedi. Bitwa o Jakku była tą gdzie Imperium zostało oficjalnie rozwiązane. Tam też powstała Nowa Republika. Większość imperialnych zaczęło żyć w nowym porządku lub zabrała się z innymi do Niezbadanych Regionów. Potem było kilkadziesiąt lat pokoju, w którym Nowa Republika zaczęła stopniowo demilitaryzować swoje siły.

Cztery lata przed Przebudzeniem Mocy z Niezbadanych Regionów pojawił się Snoke i First Order, który w przeciwieństwie do Nowej Republiki rozbudowywał swoją siłę militarną i stopniowo przejmował systemy, które podzielały ich wizję. Chcąc uniknąć potencjalnego konfliktu, obie strony podpisały pakt o nieagresji, który wprowadził je w stan zimnej wojny. First Order cały czas robił swoje, a Nowa Republika umywała ręce bo bali się, że może to doprowadzić do wojny.
Pięknie, tylko jest to naciągane do granic możliwości. Dlaczego po pogromie imperialnych na Jakku pozwolono im od tak sobie odlecieć w nieznane i nikt ich nie ścigał? W zasadzie to motyw odkrywania Nieznanych Regionów byłby dość ciekawy, ale oczywiście nie został wykorzystany. First Order pojawia się ot tak se, podbija planety, porywa dzieci by szkolić ich na janczarów (takie porwanie z Nowej Republiki mogłoby zostać uznane za deklarację wojny). Nową Republiką powinni rządzić politycy pamiętający czasy Imperium, którzy doświadczyli i zbrodni imperialnych i patrzą, jak ono się odradza. Nawet jak Leia utraciła pozycję, to wciąż byliby np. Lando czy admirał Ackbar i mogliby poprowadzić akcję choćby przeciw rozbrojeniu i zyskaliby wielu zwolenników. To tak jakby np. w latach 60. świat dowiedział się, że naziści zbudowali sobie tajne miasto na Antarktydzie, gdzie budują tajną broń atomową i planują zorganizować jakiś większy atak i postanowiono by nad tym przejść do porządku dziennego. Kłóci się to do tego z tym, co było powiedziane na samym początku "Przebudzenia Mocy".

Chcieli mieć po prostu świat jak w starej trylogii nie uwzględniając tego, że nie powinien tak wyglądać, bo zmieniły go właśnie wydarzenia ze starej trylogii. A potem zaczęli wymyślać na szybko uzasadnienie tego. Co ciekawe - w starym kanonie mieli motyw, na którym mogliby to oprzeć. Tam wojna była o wiele dłuższa, skończyła się 19 lat po bitwie o Yavin i Rebelia zawarła układ z niedobitkami Imperium, którym oddano jako rezerwat pewną część galaktyki, zwaną później Resztkami Imperium. To byłoby o wiele sensowniejsze.
Disney nieudolnie próbuje leczyć kompleksy związane z tym jak przedstawiane były postaci kobiece w ich produkcjach od zarania dziejów, jakoś chyba do czasów Mulan. Czyli taka typowa "Disney Princess" - nieporadna, niewinna, ratowana przez księcia z bajki. Taka wizja jest już niepoprawna politycznie dziś, więc wzorcem Ministerstwa Prawdy trzeba zmienić przeszłość. A weźmiemy sobie na przykład takie anime, studio Ghibli, wywodzące się z bardzo skądinąd konserwatywnego narodu japońskiego i co mamy? Księżniczka Mononoke, Nausicaa z Doliny Wiatru, W krainie bogów, itd. Silne główne bohaterki, dzielne, stawiające czoła przytłaczającym przeciwnościom. Aż się boję o Kapitan Marvel. Już trailery zalatują propagandą - popatrzcie w wyrazie Hero znajduje się człon Her!
Nie trzeba szukać w dalekiej Japonii. Wbrew temu, co obecnie próbuje się przedstawiać silne kobiece bohaterki w kinie zaczęły pojawiać się wcześniej, bo już przynajmniej od lat 80. I teraz nastąpił właśnie regres, ponieważ wtedy bohaterki miały charakter, motywację, przez którą można było im kibicować. Mistrzem był tu James Cameron - jego Ellen Ripley, Sarah Connor, Neytiri to były silne babki z głębszym charakterem niż tylko "ja jestem silną kobietą! Zbawię świat, bo jestem silna i nie potrzebuję do tego faceta". Co ciekawe, filmy Camerona mają raczej lewicowe, ale nie skrajnie lewicowe przesłanie, przez co nie dzieliły widowni. Nie był jedyny - Katniss Everdeen, Trinity, Czarna Mamba czy Mistique były bohaterkami z krwi i kości a nie chodzącym manifestem pewnych idei.

Awatar użytkownika
rael
Pobudzony intro
Posty: 139
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: rael » 05 sty 2019, 23:00

highwind pisze:
02 sty 2019, 18:05
Akurat tak się złożyło, że ten wątek natchnął mnie, żeby wczoraj (a właściwie dzisiaj, bo skończyłem jakoś o 2:30 w nocy obejrzeć Ostatniego Jedi. I nie podobał mi się nadal :P. Autentycznie cały wątek Finna i Rose przewijałem, jak tylko widziałem ich twarze. I bardzo żałowałem, że nie pociągnięto jakoś głębiej związku między Kylo, a Rey. No i Snoke :C Szkoda gadać :P
O widzisz, ja z kolei nigdy nie rozumiałem hype'u na Snoke'a. Zawsze miałem wrażenie, że jego rolą było to aby pociągnąć wątek Kylo do przodu. I nie byłem zaskoczony, że prędzej czy później skończyło się na tym, że Kylo się go pozbędzie i przejmie władzę. Nie pogniewałbym się gdyby zgodnie z teoriami fanów okazał się Darthem Plagueisem, ale nie mam też o to żadnych pretensji.

Ktoś kiedyś fajnie to ujął, że cała ta sekwencja w Canto Bight z Finnem i Rose jest odpowiednikiem side-questa w RPGach. Oglądając to odniosłem takie wrażenie, że reżyserowi bardzo zależało na planecie kasynie, ale do samego końca nie miał pomysłu w jaki sposób to rozsądnie wpleść w fabułę. No i nie wyszło, dla mnie to była najgorsza część tego filmu. Za to podobał mi się wątek Rey i Kylo. No i sama interpretacja Luke'a jako upadłego mistrza, który nie sprostał swojej legendzie. Choć rozumiem osoby, którym taki kierunek nie przypadł do gustu.
Introman24 pisze:
02 sty 2019, 23:18
Mi też nie przeszkadza to, że w filmach są kobiety oraz kolorowi. Problemem jest to, że są środowiska, które zawsze podnoszą krzyk, jak obsada jest "zbyt biała" i wytwórnie filmowe im ustępują. Nie jest to problem tylko "Gwiezdnych Wojen" ale całego amerykańskiego kina. Więc teraz jak widzę na ekranie kolorową postać, to zastanawiam się czy on/ona dostał/a tą rolę dlatego, że gra dobrze czy bo wytwórnia zażądała by koniecznie była postać o tym wyglądzie. Poprawność polityczna jest jeszcze gorsza - np. w "Łotrze 1" Rebelia to były wszelkie możliwe kolory skóry ale chyba wszyscy imperialni byli biali. Dziwnie to wygląda w świecie, w którym takie podziały nie istniały :)
Dla mnie to nie robi aż takiego problemu, ale rzeczywiście też czasem miewam takie myśli. Gdzieś ostatnio czytałem zresztą, że niektórzy aktorzy jak np. Michael B. Jordan stosują tak zwaną diversity clause, która zobowiązuje produkcję filmu do zachowania "stosownego" podziału przy różnorodności rasowej. Dla mnie coś takiego to paranoja. Choć są też dobrzy aktorzy, którzy zasługują na rolę swoją grą aktorską. Dla przykładu, wybór Pedra Pascala na Mandalorianina to strzał w dziesiątkę. Gość idealnie sprawdził się w Grze o Tron jako Oberyn Martell.
Czemu mnie to nie dziwi...
A to nie tak jak myślisz :) Johnson pracuje nad nowym filmem, ma przejść do prac nad swoją trylogią dopiero kiedy skończy go kręcić. W przypadku twórców Gry o Tron, ci mają przejść do prac już w tym roku, zaraz po zakończeniu finałowego sezonu. Więc wydaje mi się, że powodem są harmonogramy.
Pięknie, tylko jest to naciągane do granic możliwości. Dlaczego po pogromie imperialnych na Jakku pozwolono im od tak sobie odlecieć w nieznane i nikt ich nie ścigał? W zasadzie to motyw odkrywania Nieznanych Regionów byłby dość ciekawy, ale oczywiście nie został wykorzystany. First Order pojawia się ot tak se, podbija planety, porywa dzieci by szkolić ich na janczarów (takie porwanie z Nowej Republiki mogłoby zostać uznane za deklarację wojny). Nową Republiką powinni rządzić politycy pamiętający czasy Imperium, którzy doświadczyli i zbrodni imperialnych i patrzą, jak ono się odradza. Nawet jak Leia utraciła pozycję, to wciąż byliby np. Lando czy admirał Ackbar i mogliby poprowadzić akcję choćby przeciw rozbrojeniu i zyskaliby wielu zwolenników. To tak jakby np. w latach 60. świat dowiedział się, że naziści zbudowali sobie tajne miasto na Antarktydzie, gdzie budują tajną broń atomową i planują zorganizować jakiś większy atak i postanowiono by nad tym przejść do porządku dziennego. Kłóci się to do tego z tym, co było powiedziane na samym początku "Przebudzenia Mocy".
To tylko skrótowy opis. Nie zagłębiałem się w temat dokładnie, ale jak tak wstępnie przejrzałem tą historię na Wookiepedii, to wynika z tego że wszyscy Imperialni zostali uznani za zbrodniarzy wojennych. Niektórzy dostali ułaskawienia jeśli zgodzili się na postawione przez nich warunki. Wydzielono im strefę, w której mogą przebywać. Ci, którzy nie zgodzili się na te warunki byli poszukiwani, ale zdołali uciec do Niezbadanych Regionów i tam uformowali się w First Order. Na pewno jakieś odłamy Imperium prędzej czy później się pojawią. Co więcej, na planie Mandalorianina widziano ludzi w uniformach szturmowców, więc wygląda na to, że Imperialni mogą odegrać jakąś rolę w tym serialu. Pytanie jak wielką. Wydaje mi się, że niechęć do przeciwstawienia się First Order miał sens. Ktoś w Nowej Republice wpadł na durny pomysł aby dokonać demilitaryzacji i ograniczyć ich siły wojskowe, więc nie dziwię się że w Senacie byli ludzie, którzy byli przerażeni możliwością rozpoczęcia wojny, która może być z góry nastawiona na porażkę.
Chcieli mieć po prostu świat jak w starej trylogii nie uwzględniając tego, że nie powinien tak wyglądać, bo zmieniły go właśnie wydarzenia ze starej trylogii. A potem zaczęli wymyślać na szybko uzasadnienie tego. Co ciekawe - w starym kanonie mieli motyw, na którym mogliby to oprzeć. Tam wojna była o wiele dłuższa, skończyła się 19 lat po bitwie o Yavin i Rebelia zawarła układ z niedobitkami Imperium, którym oddano jako rezerwat pewną część galaktyki, zwaną później Resztkami Imperium. To byłoby o wiele sensowniejsze.
Pamiętaj, że ta wojna trwała łącznie 5 lat, a przecież to całkiem długo. Dla porównania, Wojny Klonów trwały niecałe trzy lata. Jest też jeszcze jedna kwestia. Lucasfilm dopiero rozpoczyna opowiadać historie, które rozgrywają się po Bitwie o Jakku. Przez ten czas na jaw może wyjść jeszcze mnóstwo nowych rzeczy i wydarzeń o jakich na razie nic nie wiemy. Być może okaże się, że pojawiły się przez ten czas jakieś zagrożenia, o których nikt nie wspominał. Kilku autorów książek (m.in. Claudia Gray i Timothy Zahn) chcieli już opowiedzieć historie rozgrywające się w tych czasach, ale dostali na nie embarga. Więc jak znam życie to pomysły na to co wydarzyło się w czasie tych kilkudziesięciu lat, pewnie dopiero się kształtują.

A co do starego kanonu, to masz rację, ale niezupełnie. Bo o ile wojna rzeczywiście trwała kilkanaście lat, to było to zrobione w taki sposób, że po śmierci Imperatora ciągle pojawiali się nowi pretendenci, którzy mieli swoją wizję Imperium i daleko temu było do tego kim byli wcześniej. Nie mieli też tak wielkich sił jak wcześniej. I było to tak, że pojawiali się, zostawali pokonani, na pewien czas był spokój i nagle pojawiali się wraz z kolejnym liderem. A tutaj zrobili to tak, że po śmierci Imperium po władze sięgnęli Moffowie, zaczęli się między sobą kłócić i walczyć podzieleni i bez żadnego planu, co doprowadziło ich do upadku.

Awatar użytkownika
highwind
Legenda Intro
Posty: 2131
Rejestracja: 15 paź 2011, 10:27
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 1w9
MBTI: istj
Lokalizacja: wro

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: highwind » 05 sty 2019, 23:42

rael pisze:O widzisz, ja z kolei nigdy nie rozumiałem hype'u na Snoke'a.
Ja nie mam problemu z tym, że zginął, tylko z tym, jak mało się o nim dowiedzieliśmy. Nie po to się robi taki forshadowing (z braku lepszego wyrażenia po polszemu), żeby potem go tak zgasić :(
rael pisze:No i sama interpretacja Luke'a jako upadłego mistrza, który nie sprostał swojej legendzie.
Z tym bym również nie miał problemu, gdyby nie sposób w jaki do tego doszło :( Luke, który przeleciał pół galaktyki, żeby uratować swojego ojca, bo dostrzegł w nim tlący się pierwiastek dobra. Ten sam Luke dostrzega konflikt, powtarzam, konflikt, w swoim siostrzeńcu i impulsywnie próbuje go zgładzić? NIEEEEE, nie godzę się na to (aż mi ciśnienie podskoczyło)!

Awatar użytkownika
rael
Pobudzony intro
Posty: 139
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: rael » 06 sty 2019, 10:39

highwind pisze:
05 sty 2019, 23:42
Ja nie mam problemu z tym, że zginął, tylko z tym, jak mało się o nim dowiedzieliśmy. Nie po to się robi taki forshadowing (z braku lepszego wyrażenia po polszemu), żeby potem go tak zgasić :(
Nie no, ja kompletnie to rozumiem. Choć może to tylko moje wrażenie, ale nigdy nie postrzegałem Snoke'a jako kogoś istotnego. Z tego powodu nie mam wyrzutów, że się go pozbyli.

A tak przy okazji, forshadowing jest częścią tego uniwersum od najstarszych lat. To rozwiązanie, które było stosowane celowo aby zostawić sobie możliwą rozbudowę lore'u. Dla przykładu, dopiero dzięki prequelom dowiedzieliśmy się więcej o historii Imperatora (który też był jedną wielką niewiadomą kiedy pojawił się w Powrocie Jedi), o Wojnach Klonów (które zostały wspomniane w Nowej Nadziei), relacji Obi-Wana i Anakina, itd. W przypadku Ostatniego Jedi mamy nieco inną sytuację. Snoke był jednym z mystery boxów, który stworzył JJ Abrams. Nie można winić za to drugiego reżysera, że nie chciał bawić się w wyjaśnianie zagadek poprzedniego reżysera i zdecydował się go uśmiercić. Ale rzeczywiście, poświęcenie wątku Finna i Rose na lepsze przedstawienie jego postaci mogłoby sprawić, że film wypadłby lepiej. Jednak wydaje mi się, że to jeszcze nie koniec Snoke'a i prędzej czy później dowiemy się więcej na jego temat. Pytanie tylko w jakiej formie ;)
Z tym bym również nie miał problemu, gdyby nie sposób w jaki do tego doszło :( Luke, który przeleciał pół galaktyki, żeby uratować swojego ojca, bo dostrzegł w nim tlący się pierwiastek dobra. Ten sam Luke dostrzega konflikt, powtarzam, konflikt, w swoim siostrzeńcu i impulsywnie próbuje go zgładzić? NIEEEEE, nie godzę się na to (aż mi ciśnienie podskoczyło)!
A to jest ciekawa kwestia. Bo ja to widzę w taki sposób. Kiedy wszyscy inni wiedzieli w Vaderze potwora na smyczy Imperatora, Luke widział w nim swojego ojca, dawnego bohatera, o którym słyszał tak wiele. I założył, że skoro pod tą maską kryje się Anakin Skywalker, to musi tylko do niego dotrzeć. Zdecydował się zaufać swojemu przeczuciu i udało się.

W przypadku Kylo Rena wszystko zależy od kontekstu. Luke spędził lata na poznawaniu historii i doktryny Jedi. W samym filmie była mowa o tym, że jest świadom tego, że Jedi przestali istnieć przez własne błędy, bo nie dostrzegli w porę zła siedzącego pod ich samym nosem. Kiedy wyczuł, że Snoke może próbować przeciągnąć Bena w taki sam sposób jak Palpatine przeciągnął Vadera, domyślam się że przez jego myśl przeszło aby zdusić problem w zarodku. Krótki moment, krótka chwila słabości. Potem się opamiętał i przeraził tym do czego chciał doprowadzić, szczególnie że mówimy tu o zabójstwie syna jego siostry i najlepszego przyjaciela. Niby nie chciał popełniać dawnych błędów i doprowadzić do powstania nowego Vadera, a tak czy siak ironią losu sprawił, że "stworzył" Kylo Rena. Podobało mi się to podejście. Pokazuje, że nawet największy bohater może mieć chwile zwątpienia, dokonywać nieracjonalnych i impulsywnych wyborów. A potem musiał zapłacić za to największą cenę. No bo jakby nie patrzeć, właśnie ta konkretna decyzja i jej następstwa sprawiły, że stracił wiarę w siebie, swoje przekonania i możliwości oraz że uciekł z dala od wszystkich, bez zamiarów powrotu.

Introman24
Stały bywalec
Posty: 234
Rejestracja: 19 wrz 2016, 21:23
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w6
Lokalizacja: gdzieś na planecie Ziemia

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: Introman24 » 06 sty 2019, 21:46

rael pisze:
05 sty 2019, 23:00
O widzisz, ja z kolei nigdy nie rozumiałem hype'u na Snoke'a. Zawsze miałem wrażenie, że jego rolą było to aby pociągnąć wątek Kylo do przodu. I nie byłem zaskoczony, że prędzej czy później skończyło się na tym, że Kylo się go pozbędzie i przejmie władzę. Nie pogniewałbym się gdyby zgodnie z teoriami fanów okazał się Darthem Plagueisem, ale nie mam też o to żadnych pretensji.
A mnie tam ciekawiło, kim jest koleś, który poskładał te niedobitki Imperium do kupy i jak mu się ta sztuka udała. Plus cały watek Rycerzy Ren był potencjalnie ciekawy. Nowa organizacja ciemnej strony mocy. Nic dziwnego, że ta postać wzbudziła taką ciekawość. Szkoda, że nie zostało to wyjaśnione, ale może coś z tego pojawi się w IX części.
j
Dla mnie to nie robi aż takiego problemu, ale rzeczywiście też czasem miewam takie myśli. Gdzieś ostatnio czytałem zresztą, że niektórzy aktorzy jak np. Michael B. Jordan stosują tak zwaną diversity clause, która zobowiązuje produkcję filmu do zachowania "stosownego" podziału przy różnorodności rasowej. Dla mnie coś takiego to paranoja.
A dla mnie jest to jednak problem, właśnie z powodu tej paranoi. Nie mówiąc już o tym, że śmiesznie to wygląda, jak z jednej strony mamy kolorową ekipę, a z drugiej strony samych białych, jako złych.
Wydaje mi się, że niechęć do przeciwstawienia się First Order miał sens. Ktoś w Nowej Republice wpadł na durny pomysł aby dokonać demilitaryzacji i ograniczyć ich siły wojskowe, więc nie dziwię się że w Senacie byli ludzie, którzy byli przerażeni możliwością rozpoczęcia wojny, która może być z góry nastawiona na porażkę.
Właśnie nie ma za bardzo sensu. Pomijając już choćby to, że wielu mieszkańców galaktyki przestraszyłoby się na myśl o odrodzeniu Imperium czy istnieniu spadkobierców, to języczkiem u wagi mógł być mały rozmiar First Ordera, nawet zakładając demilitaryzację to siły zbrojne Nowej Republiki przynajmniej w teorii mogłyby zasypać pogrobowców Imperium czapkami. A jeśli jeszcze ta armia składałaby się z klonów lub droidów, mogłoby się obyć bez żadnych ofiar po stronie Republiki. Dziwne, że Republika, której tak bardzo zależało na pokoju nie zrobiła nic, by zatrzymać mącący ten plan Ruch Oporu. To wszystko jest naciągane, tylko po to, żeby uzasadnić powrót do sytuacji ze starej trylogii.
A co do starego kanonu, to masz rację, ale niezupełnie. Bo o ile wojna rzeczywiście trwała kilkanaście lat, to było to zrobione w taki sposób, że po śmierci Imperatora ciągle pojawiali się nowi pretendenci, którzy mieli swoją wizję Imperium i daleko temu było do tego kim byli wcześniej. Nie mieli też tak wielkich sił jak wcześniej. I było to tak, że pojawiali się, zostawali pokonani, na pewien czas był spokój i nagle pojawiali się wraz z kolejnym liderem. A tutaj zrobili to tak, że po śmierci Imperium po władze sięgnęli Moffowie, zaczęli się między sobą kłócić i walczyć podzieleni i bez żadnego planu, co doprowadziło ich do upadku.
To w zasadzie było sensowniejsze niż nowa wizja. Nawet mimo śmierci Imperatora Imperium wciąż dysponowało ogromną armią, chociaż pozbawioną przywódcy, Rebelia zaś stosunkowo nieliczną grupą jak na zapanowanie nad galaktyką. To musiało zająć dużo czasu. Teraz to teoretycznie siły powinny być odwrócone. Jeśli w IX części zobaczę flagi First Order powiewające na Coruscant, to chyba padnę ze śmiechu.

Awatar użytkownika
rael
Pobudzony intro
Posty: 139
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: rael » 07 sty 2019, 12:33

Introman24 pisze:
06 sty 2019, 21:46
A mnie tam ciekawiło, kim jest koleś, który poskładał te niedobitki Imperium do kupy i jak mu się ta sztuka udała. Plus cały watek Rycerzy Ren był potencjalnie ciekawy. Nowa organizacja ciemnej strony mocy. Nic dziwnego, że ta postać wzbudziła taką ciekawość. Szkoda, że nie zostało to wyjaśnione, ale może coś z tego pojawi się w IX części.
Dla mnie to nie było aż tak istotne. A powód jest dość prozaiczny. Przez ostatnie 5-6 lat miałem okazję przeczytać sporo książek w uniwersum SW, które zawierały zbyt wiele tego typu antagonistów i cóż, samozwańczy "Imperatorzy" chyba zwyczajnie mi się już przejedli :P Było ich tam na pęczki, więc cóż... wytworzyło to we mnie niechęć do tego typu antagonistów :D Przyznaję jednak bez bicia, wątek Rycerzy Ren mnie zaciekawił i chętnie zobaczę co planują z nimi w Epizodzie IX.

W ogóle, nie wiem czy słyszałeś podobno teaser nowego Epizodu jest już gotowy. Więc nie zdziwię się jak w przeciągu kilku najbliższych tygodni poznamy oficjalny tytuł.
A dla mnie jest to jednak problem, właśnie z powodu tej paranoi. Nie mówiąc już o tym, że śmiesznie to wygląda, jak z jednej strony mamy kolorową ekipę, a z drugiej strony samych białych, jako złych.
Dziwi mnie to szczególnie w kontekście Gwiezdnych Wojen, gdzie różnorodność rasową można pokazać przez uwzględnienie obcych. Bardzo zaskakuje mnie to, że nawet seriale animowane były pod tym względem dużo lepsze i zawierały znacznie więcej obcych w głównych rolach niż nowe filmy. No ale jak znam życie pewnie nikt by nawet tego nie zauważył i pojawiłby się hejt o wykluczaniu mniejszości. Pamiętam jak w Stanach pojawiły się głosy, że Wiedźmin 3 jest rasistowski bo nie miał czarnych, mimo że jego twórcy wzorem książek silnie koncentrowali się na pokazywaniu segregacji rasowej na przykładzie nieludzi. Głosy na ten temat były tak silne, że twórcy tej gry specjalnie wymyślili całą nację czarnoskórych, która pojawiła się w dodatku... Masakra.
Właśnie nie ma za bardzo sensu. Pomijając już choćby to, że wielu mieszkańców galaktyki przestraszyłoby się na myśl o odrodzeniu Imperium czy istnieniu spadkobierców, to języczkiem u wagi mógł być mały rozmiar First Ordera, nawet zakładając demilitaryzację to siły zbrojne Nowej Republiki przynajmniej w teorii mogłyby zasypać pogrobowców Imperium czapkami. A jeśli jeszcze ta armia składałaby się z klonów lub droidów, mogłoby się obyć bez żadnych ofiar po stronie Republiki. Dziwne, że Republika, której tak bardzo zależało na pokoju nie zrobiła nic, by zatrzymać mącący ten plan Ruch Oporu. To wszystko jest naciągane, tylko po to, żeby uzasadnić powrót do sytuacji ze starej trylogii.
Jeśli dobrze zrozumiałem to First Order urósł przez ten czas do sporej rangi, więc oni nie byli tacy malutcy jak mogłoby się zdawać :) Wiem, że filmy przedstawiają to inaczej, ale staram się brać pod uwagę informacje jakie zostały już ujawnione. A wyglądało to tak, że First Order istniał przez ponad 20 lat. W tym czasie podbijał mniej znane układy, a te należące do Republiki przekonywali do siebie kusząc zwiększonymi wpływami i profitami wynikającymi z ich siły militarnej. W tym samym czasie Nowa Republika zdążyła dokonać demilitaryzacji wszystkich podległych im układów. Czyli w skrócie, wrócili do stanu, w jakim byli przed wydarzeniami z Ataku klonów (no i ze zmniejszoną rolą Jedi). To była bardzo głupia decyzja, bo odsłonili się na wszelkie zewnętrzne zagrożenia. Pewnie założyli, że skoro nie ma już Imperium, to czeka ich równie długi pokój co w przypadku Starej Republiki (a ten trwał około 1000 lat) i demilitaryzacja jest dobrym rozwiązaniem, które pokaże ludziom żyjącym pod jarzmem Imperium, że nowy porządek nie będzie taki jak wcześniejszy.

Co do wykorzystania klonów i droidów, to pamiętaj o tym, że pojawienie się tych dwóch armii w porę konfliktu nie były szczęśliwym zbiegiem okoliczności. To wszystko było planem Sidiousa (a w starym kanonie planem Plagueisa). Celem wojny było otrzymanie dodatkowych uprawnień tak aby Kanclerz nie musiał zrzekać się władzy, mógł swobodnie zarządzać wojskiem i podejmować decyzje bez wpływu Senatu. Sidious współpracował z Dooku nad realizacją tego planu. Ruch separatystów powstał za sprawą Dooku. Dooku był też tym, który zamówił armię klonów podając się za Sifo-Dyasa. Poza tym obecnie wszystkie klony wyginęły. Z tego co wiem w czasach nowej trylogii żyje tylko jeden klon, który został znaleziony w stanie hibernacji :) Fabryki droidów zostały zniszczone, a wszystkie placówki kloniarzy z Kamino zamknięte niedługo po zakończeniu Wojen Klonów.
To w zasadzie było sensowniejsze niż nowa wizja. Nawet mimo śmierci Imperatora Imperium wciąż dysponowało ogromną armią, chociaż pozbawioną przywódcy, Rebelia zaś stosunkowo nieliczną grupą jak na zapanowanie nad galaktyką. To musiało zająć dużo czasu. Teraz to teoretycznie siły powinny być odwrócone. Jeśli w IX części zobaczę flagi First Order powiewające na Coruscant, to chyba padnę ze śmiechu.
No właśnie niezupełnie. Po jego śmierci wszystko im się zepsuło, a ci bardzo szybko stracili na swojej potędze i podzielili się na skrajnie różne odłamy. Z tego co pamiętam to większość kluczowych systemów zostało podbite przez Nową Republikę na samym początku jej funkcjonowania. I utworzył się taki schemat gdzie pojawiały się kolejne odłamy Imperium, przegrywały, uciekały w popłochu lub ginęły i po kilku latach pojawiały się nowe, wracając z kolejnym przywódcą. Czytałem kilka takich serii i jedyna, która zrobiła na mnie wrażenie to trylogia Thrawna. Thrawn był świetnym przywódcą i genialnym strategiem, więc jestem w stanie uwierzyć, że ludzie uwierzyli w jego wizję i za nim poszli. Niestety były też kwiatki pokroju klona Palpatine'a czy klona Thrawna, co bezskutecznie próbuję wydrzeć ze swojej pamięci.

O wiele bardziej podoba mi się wizja nowego kanonu, ale bardziej z praktycznego punktu widzenia. Imperator był bezwględnym politykiem i powinien wiedzieć, że należy pozbyć się potencjalnych rywali. Więc moim zdaniem to rozsądne że po jego śmierci, nie powinno być nikogo zdolnego do przejęcia władzy. Imperator był typem człowieka, który myśli kilka kroków do przodu, więc sensowne było to że miał jakiś plan odbudowy Imperium w przypadku jego śmierci, wyznaczonych ludzi którzy mogliby kontynuować jego idee, ale którzy nie byli skorzy do jego obalenia. No ale jak już wspominałem, ta 30-letnia luka jest dopiero stopniowo wypełniana, więc kto wie, może okaże się że i w tym kanonie Thrawn był tym, który zdołał namieszać na samym początku funkcjonowania Nowej Republiki :)

Introman24
Stały bywalec
Posty: 234
Rejestracja: 19 wrz 2016, 21:23
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w6
Lokalizacja: gdzieś na planecie Ziemia

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: Introman24 » 08 sty 2019, 23:59

rael pisze:
07 sty 2019, 12:33
Dla mnie to nie było aż tak istotne. A powód jest dość prozaiczny. Przez ostatnie 5-6 lat miałem okazję przeczytać sporo książek w uniwersum SW, które zawierały zbyt wiele tego typu antagonistów i cóż, samozwańczy "Imperatorzy" chyba zwyczajnie mi się już przejedli :P Było ich tam na pęczki, więc cóż... wytworzyło to we mnie niechęć do tego typu antagonistów :D Przyznaję jednak bez bicia, wątek Rycerzy Ren mnie zaciekawił i chętnie zobaczę co planują z nimi w Epizodzie IX.
Też mam nadzieję na to, że dowiemy się czegoś więcej o Rycerzach Ren. Obawiam się jednak, że ten wątek zostanie niewykorzystany. Natomiast jeśli chodzi o Snoke'a to niekoniecznie musieli robić z niego kolejnego imperatora i zrobić coś innego niż kolejny Palpatine. Poza tym nie podoba mi się nie podoba takie podejście - tworzymy film, będący kontynuacją serii, więc najpierw przeskoczymy o 30 lat, a wyjaśnienia, co się stało zostawimy sobie na później, by pasowały do nowych wydarzeń. To tak jakby ktoś postanowił nakręcić kontynuację "Władcy pierścieni" dziejącą się 20 lat po zniszczeniu Saurona, a tu znów mamy odrodzony Mordor nad którym dla odmiany wznosi się zielone oko, a jest równie potężny jak poprzednio. I bez żadnych wyjaśnień dlaczego tak się stało. To wszystko nie byłoby jeszcze takim problemem - są filmy, które również mają naciągane podstawy, a jednak bronią się historią w nich przedstawioną. Tutaj im dłużej myślę o sequelach, to bardziej są dla mnie rebootem niż kontynuacją.
Dziwi mnie to szczególnie w kontekście Gwiezdnych Wojen, gdzie różnorodność rasową można pokazać przez uwzględnienie obcych. Bardzo zaskakuje mnie to, że nawet seriale animowane były pod tym względem dużo lepsze i zawierały znacznie więcej obcych w głównych rolach niż nowe filmy.
Obcych nie może być za dużo, ponieważ wtedy mogłoby zabraknąć miejsca na ekranie dla jakiejś mniejszości rasowej :) I w prequelach było dużo obcych, a prequele są złe :) W ogóle to za rządów Disneya to zepchnięto obcych do roli tła, a szkoda.
Pamiętam jak w Stanach pojawiły się głosy, że Wiedźmin 3 jest rasistowski bo nie miał czarnych, mimo że jego twórcy wzorem książek silnie koncentrowali się na pokazywaniu segregacji rasowej na przykładzie nieludzi. Głosy na ten temat były tak silne, że twórcy tej gry specjalnie wymyślili całą nację czarnoskórych, która pojawiła się w dodatku... Masakra.
Ale są sami biali więc rasizm :) Śmieszne jest to, że jakby podobną grę zrobiła jakaś afrykańska firma i wszystkie postacie byłyby czarne, to nikt by nie robił problemów z tego powodu i nie narzekał, że nie ma białych. Śmiać mi się chciało ostatnio, jak dowiedziałem się, że Emma Stone przepraszała za to, że zagrała jakąś postać, która w pierwotnej wersji scenariusza miała być Chinką. A nikt nie miał pretensji o to, że np. Samuel L. Jackson zagrał Nicka Furrego, który w komiksach był biały :) Absurd goni absurd - ostatnio słyszałem postulat, żeby postacie homoseksualne grali tylko homoseksualni aktorzy.
W tym samym czasie Nowa Republika zdążyła dokonać demilitaryzacji wszystkich podległych im układów. Czyli w skrócie, wrócili do stanu, w jakim byli przed wydarzeniami z Ataku klonów (no i ze zmniejszoną rolą Jedi). To była bardzo głupia decyzja, bo odsłonili się na wszelkie zewnętrzne zagrożenia. Pewnie założyli, że skoro nie ma już Imperium, to czeka ich równie długi pokój co w przypadku Starej Republiki (a ten trwał około 1000 lat) i demilitaryzacja jest dobrym rozwiązaniem, które pokaże ludziom żyjącym pod jarzmem Imperium, że nowy porządek nie będzie taki jak wcześniejszy.
Sęk w tym, że Stara Republika również miała poważne wady ustrojowe, które właśnie doprowadziły do jej przekształcenia w Imperium. Odtwarzanie tego było bezsensowne. Zwłaszcza, że już nie można było polegać na Jedi. Samo istnienie First Ordera i Ruchu Oporu stanowiłoby motywację do rozbudowy sił zbrojnych.
Co do wykorzystania klonów i droidów, to pamiętaj o tym, że pojawienie się tych dwóch armii w porę konfliktu nie były szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Tylko ja piszę o czasach Nowej Republiki. Jej siły zbrojne nie zostały pokazane w filmach. A pomysł na to, by zbudować armię z droidów dla pacyfistycznej Republiki mógł być dość kuszący, choć nie twierdzę, że tak mogło być, raczej wydaje mi się to dość wątpliwe, by Disney się na to zdecydował. Zwłaszcza że droidy w prequelach wypadły bardzo słabo pod względem designu, a szkoda, można było pokazać droidy Federacji Handlowej jako prawdziwie zabójczą armię. Tak swoją drogą, to widziałem wiele opinii, że gdyby nie zakulisowe rządy Palpatine'a, to Separatyści wygraliby wojny klonów, właśnie głównie droidom.

Awatar użytkownika
rael
Pobudzony intro
Posty: 139
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: rael » 11 sty 2019, 0:25

Introman24 pisze:
08 sty 2019, 23:59
Też mam nadzieję na to, że dowiemy się czegoś więcej o Rycerzach Ren. Obawiam się jednak, że ten wątek zostanie niewykorzystany. Natomiast jeśli chodzi o Snoke'a to niekoniecznie musieli robić z niego kolejnego imperatora i zrobić coś innego niż kolejny Palpatine.
To niezła ironia. Najpierw Johnson pozmieniał wiele wątków z Przebudzenia mocy w swoim własnym kierunku, a teraz Abrams siłą rzeczy pewnie zmieni kierunek innych postaci. Dla przykładu, gdzieś czytałem, że Kylo ma wrócić do noszenia hełmu, co jest trochę dziwnym skoro w poprzednim filmie był cały arc, który polegał na odrzuceniu hełmu i przywiązania do przeszłości.
Poza tym nie podoba mi się nie podoba takie podejście - tworzymy film, będący kontynuacją serii, więc najpierw przeskoczymy o 30 lat, a wyjaśnienia, co się stało zostawimy sobie na później, by pasowały do nowych wydarzeń. To tak jakby ktoś postanowił nakręcić kontynuację "Władcy pierścieni" dziejącą się 20 lat po zniszczeniu Saurona, a tu znów mamy odrodzony Mordor nad którym dla odmiany wznosi się zielone oko, a jest równie potężny jak poprzednio. I bez żadnych wyjaśnień dlaczego tak się stało. To wszystko nie byłoby jeszcze takim problemem - są filmy, które również mają naciągane podstawy, a jednak bronią się historią w nich przedstawioną. Tutaj im dłużej myślę o sequelach, to bardziej są dla mnie rebootem niż kontynuacją.
Zgadzam się. No niestety takie są dzisiejsze trendy w Hollywood. Wiele z obecnych filmów stawia na bezpieczne podejście i odświeżenie formuły przez wykorzystanie sprawdzonych pomysłów, co też niezbyt mi się podoba.
Obcych nie może być za dużo, ponieważ wtedy mogłoby zabraknąć miejsca na ekranie dla jakiejś mniejszości rasowej :) I w prequelach było dużo obcych, a prequele są złe :) W ogóle to za rządów Disneya to zepchnięto obcych do roli tła, a szkoda.
Nie chodziło mi ogólnie o uwzględnienie obcych, tylko obsadzenie ich w głównych rolach lub wysuniętych na pierwszym planie. Rogue One był trochę zmarnowaną okazją, bo w tak wielkiej drużynie zdecydowanie znalazłoby się miejsce dla jakiegoś humanoidalnego obcego jak np. Twi'leka, Rodianina czy Kel Dora. Brakuje mi właśnie takiej różnorodności. Dla przykładu, The Clone Wars miało czwórkę głównych bohaterów - Obi-Wana, Anakina, Rexa który był kapitanem klonów i Ahsokę, która była Togrutanką.

Tak swoją drogą aktorka, która grała Ahsokę też przeżyła niezłe piekło kiedy ten serial zaczynał swoją emisję. Wszyscy nienawidzili jej postaci, nie widzieli sensu w jej obecności, uważali ją za najsłabsze ogniwo i kolejny nietrafiony pomysł Lucasa. Ta aktorka spotkała się z olbrzymim hejtem i w internecie i na ulicy. A spójrz teraz. 10 lat później, Ahsoka jest jedną z najbardziej cenionych postaci, które nie są związane z filmami.
Ale są sami biali więc rasizm :) Śmieszne jest to, że jakby podobną grę zrobiła jakaś afrykańska firma i wszystkie postacie byłyby czarne, to nikt by nie robił problemów z tego powodu i nie narzekał, że nie ma białych. Śmiać mi się chciało ostatnio, jak dowiedziałem się, że Emma Stone przepraszała za to, że zagrała jakąś postać, która w pierwotnej wersji scenariusza miała być Chinką. A nikt nie miał pretensji o to, że np. Samuel L. Jackson zagrał Nicka Furrego, który w komiksach był biały :) Absurd goni absurd - ostatnio słyszałem postulat, żeby postacie homoseksualne grali tylko homoseksualni aktorzy.
Samuel L. Jackson był akurat strzałem w dziesiątkę, więc mi kompletnie nie przeszkadzał. Nick Fury był czarny w komiksach, ale nie w podstawowym świecie Marvela tylko w imprintach z cyklu Ultimates. Więc niby to miało jakieś przesłanki :P Generalnie to nie mam problemu z tego typu zmianami, ale ważne jest to aby to było robione z sensem i nie sprawiało wrażenia wymuszonego na siłę. A w dzisiejszych czasach jest tak jak sam wspomniałeś - absurdy gonią absurdy.
Sęk w tym, że Stara Republika również miała poważne wady ustrojowe, które właśnie doprowadziły do jej przekształcenia w Imperium. Odtwarzanie tego było bezsensowne. Zwłaszcza, że już nie można było polegać na Jedi. Samo istnienie First Ordera i Ruchu Oporu stanowiłoby motywację do rozbudowy sił zbrojnych.
Wiesz, dla mnie to też jest oczywiste. Z drugiej strony rozumiem też, że skoro chcieli zrobić "lepszą Republikę" to postanowili wykazać dobrą wolę wobec obywateli Imperium i dokonali demilitaryzacji sił. Pomysł głupi i nietrafiony, ale w tym szaleństwie była jakaś metoda. Co do ich obecnego stanu to pewnie ostały się jakieś niedobitki, szczątkowe jednostki i cywile, którzy zasilą szeregi Ruchu oporu. Nie spodziewałbym się jednak jakiejś większej siły, skoro demilitaryzacja Republiki i zniszczenie ich kluczowego układu były decyzjami, które zostały podjęte za czasów jak kształtowaniem Nowej Trylogii zajmował się JJ Abrams.
Tylko ja piszę o czasach Nowej Republiki. Jej siły zbrojne nie zostały pokazane w filmach. A pomysł na to, by zbudować armię z droidów dla pacyfistycznej Republiki mógł być dość kuszący, choć nie twierdzę, że tak mogło być, raczej wydaje mi się to dość wątpliwe, by Disney się na to zdecydował. Zwłaszcza że droidy w prequelach wypadły bardzo słabo pod względem designu, a szkoda, można było pokazać droidy Federacji Handlowej jako prawdziwie zabójczą armię. Tak swoją drogą, to widziałem wiele opinii, że gdyby nie zakulisowe rządy Palpatine'a, to Separatyści wygraliby wojny klonów, właśnie głównie droidom.
Separatyści by nie wygrali, bo ta wojna była ustawiona od samego początku. Bez ingerencji Sidiousa, w ogóle nie byłoby Wojen Klonów. To jest właśnie ciekawa sprawa, z której nie wszyscy zdają sobie sprawę - Sidious i jego pomocnicy zabawili się w Iluminatów i wywołali konflikt tylko po to aby przejąć władzę nad Republiką. Wątki z TCW kilkukrotnie to sugerowały, tak samo książka o Plagueisie. Sidious wykorzystał Dooku do namówienia Nemoidian i Geonosian żeby uformowali ruch. Był też tym, który zlecił Dooku dokonanie zamówienia armii klonów w imieniu Sifo-Dyasa, którego chwilę wcześniej zamordowali. Zarówno armia Republiki, jak i armia droidów były finansowane przez pośredników Sidiousa związanych z klanami bankowymi. Separatyści mieli narobić zamieszania i sprawić, że Republika zgodzi się na utworzenie armii, która pojawi się w dogodnym momencie i pozwoli im obronić się na wypadek wojny. A sama wojna pozwoli nadać kanclerzowi większe uprawnienia i rządzić bez zdawania się na decyzje Senatu. Jeśli wydarzenia z książkowego Dartha Plagueisa nadal są kanoniczne, to nawet sam fakt że Palpatine został kanclerzem też nie był przypadkiem, a częścią długofalowego planu uknutego wspólnie między nimi i efektem przysług załatwianych "w kuluarach".

ODPOWIEDZ