Gwiezdne wojny

Dyskusje, pytania, rekomendacje dotyczące owoców kinematografii i telewizji (w tym internetowej).
Introman24
Stały bywalec
Posty: 186
Rejestracja: 19 wrz 2016, 21:23
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w6
Lokalizacja: gdzieś na planecie Ziemia

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: Introman24 » 11 sty 2019, 22:29

rael pisze:
11 sty 2019, 0:25
To niezła ironia. Najpierw Johnson pozmieniał wiele wątków z Przebudzenia mocy w swoim własnym kierunku, a teraz Abrams siłą rzeczy pewnie zmieni kierunek innych postaci. Dla przykładu, gdzieś czytałem, że Kylo ma wrócić do noszenia hełmu, co jest trochę dziwnym skoro w poprzednim filmie był cały arc, który polegał na odrzuceniu hełmu i przywiązania do przeszłości.
No nie dogadali się :) Przez co cała saga będzie wyglądała dość dziwnie po tym, jak już będzie dokończona. Jestem pewien, że wątki nie będą się łączyć. Ale cała ta fascynacja Kylo Vaderem i noszenie maski wypadło naprawdę naciąganie. Naprawdę ani Luke, ani Leia ani Han nie opowiedzieli mu o tym, że Vader jednak powrócił na jasną stronę? Ok, może nie uwierzył, ale to dalej naciągane. W ogóle to dziwne, że nagle w "Ostatnim Jedi" Snoke zaczął nagle narzekać na maskę Kylo, podczas gdy wcześniej mu ona nie przeszkadzała. Johnson naprawdę tego nie przemyślał.
Zgadzam się. No niestety takie są dzisiejsze trendy w Hollywood. Wiele z obecnych filmów stawia na bezpieczne podejście i odświeżenie formuły przez wykorzystanie sprawdzonych pomysłów, co też niezbyt mi się podoba.
Pół biedy, że odgrzewają stare motywy. Większym problemem jest sposób w jaki to się robi, często ignoruje wydarzenia z poprzednich części, idzie po najmniejszej linii oporu jeśli chodzi o fabułę, robi się na siłę i na szybko bez zastanowienia się nad scenariuszem.
Nie chodziło mi ogólnie o uwzględnienie obcych, tylko obsadzenie ich w głównych rolach lub wysuniętych na pierwszym planie. Rogue One był trochę zmarnowaną okazją, bo w tak wielkiej drużynie zdecydowanie znalazłoby się miejsce dla jakiegoś humanoidalnego obcego jak np. Twi'leka, Rodianina czy Kel Dora. Brakuje mi właśnie takiej różnorodności.
Bo ważniejsza jest różnorodność rasowa z realnego świata :) Np. gdyby w "Łotrze" pilot był Twi'lekiem albo innym obcym, to zaraz ktoś by powiedział - o w nowych częściach nie ma nikogo o hindusko\bliskowschodnim wyglądem, rasizm :) Im zależy na tym, żeby było jak najwięcej osób o zróżnicowanym wyglądzie, a że postaci też nie może być za dużo, siłą rzeczy obcy idą w tło. A źli muszą być biali, ciekawe co by było, jakby zrobili czarnego Huxa :)
Samuel L. Jackson był akurat strzałem w dziesiątkę, więc mi kompletnie nie przeszkadzał. Nick Fury był czarny w komiksach, ale nie w podstawowym świecie Marvela tylko w imprintach z cyklu Ultimates. Więc niby to miało jakieś przesłanki :P Generalnie to nie mam problemu z tego typu zmianami, ale ważne jest to aby to było robione z sensem i nie sprawiało wrażenia wymuszonego na siłę.
L. Jackson był dobrym wyborem, ale nie o to chodzi. Denerwują mnie takie podwójne standardy - kolorowa postać zostaje białą - rasizm, dyskryminacja mniejszości, biała postać kolorową - nic się nie dzieje, czego się czepiasz, musimy wspierać mniejszości :)
Z drugiej strony rozumiem też, że skoro chcieli zrobić "lepszą Republikę" to postanowili wykazać dobrą wolę wobec obywateli Imperium i dokonali demilitaryzacji sił. Pomysł głupi i nietrafiony, ale w tym szaleństwie była jakaś metoda. Co do ich obecnego stanu to pewnie ostały się jakieś niedobitki, szczątkowe jednostki i cywile, którzy zasilą szeregi Ruchu oporu. Nie spodziewałbym się jednak jakiejś większej siły, skoro demilitaryzacja Republiki i zniszczenie ich kluczowego układu były decyzjami, które zostały podjęte za czasów jak kształtowaniem Nowej Trylogii zajmował się JJ Abrams.

Czyli powrót do stanu sprzed wojen klonów, może z niewielkim dodatkiem, bo jakąś tam flotę mieli, może cała wyleciała wraz z Hosnian. Tylko że przy takiej dyskusji na pewno pojawiłby się argument, co robić w razie gdyby znowu jakaś Federacja Handlowa zaczęła blokować Bogu ducha winne planety. Nie mówiąc już o konfliktach między rasami. A co dopiero jak banda pogrobowców Rebelii zaczęła walczyć z pogrobowcami Imperium, co ci odebrali za robotę Republiki. Do tego weźmy pod uwagę to, że liczby są kosmiczne. Powiedzmy, że Nowa Republika uznała, że potrzebuje 200 statków do pilnowania całej galaktyki. Powiedzmy, że 90 wyparowuje razem z Hosnian, ale zostaje wciąż ponad sto statków bojowych, X-Wingi też raczej były w różnych punktach galaktyki. A ile niszczycieli First Order mógł wyprodukować na wygnaniu? Na pewno mniej. Oczywiście raczej scenarzyści z Disneya mają to gdzieś, ich bardziej obchodzi co by zrobić, by obsada była bardziej diverse.
Separatyści by nie wygrali, bo ta wojna była ustawiona od samego początku. Bez ingerencji Sidiousa, w ogóle nie byłoby Wojen Klonów.
Ale mi chodzi o to, jakby wyglądała ta wojna, gdyby nie była ustawiona. Gdyby Dooku naprawdę działał na własną rękę i nie słuchał się Imperatora. W zasadzie to wtedy Republika byłaby w jeszcze gorszej sytuacji, bo bez planu nie byłoby armii klonów i musieliby opierać się wyłącznie na Jedi. Możliwe, że wszystko rozstrzygnęłoby się na Geonosis.

Awatar użytkownika
rael
Introwertyk
Posty: 101
Rejestracja: 22 kwie 2018, 20:39
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 9w1
MBTI: INFP
Lokalizacja: Wrocław

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: rael » 15 sty 2019, 12:29

Introman24 pisze:
11 sty 2019, 22:29
No nie dogadali się :) Przez co cała saga będzie wyglądała dość dziwnie po tym, jak już będzie dokończona. Jestem pewien, że wątki nie będą się łączyć. Ale cała ta fascynacja Kylo Vaderem i noszenie maski wypadło naprawdę naciąganie. Naprawdę ani Luke, ani Leia ani Han nie opowiedzieli mu o tym, że Vader jednak powrócił na jasną stronę? Ok, może nie uwierzył, ale to dalej naciągane. W ogóle to dziwne, że nagle w "Ostatnim Jedi" Snoke zaczął nagle narzekać na maskę Kylo, podczas gdy wcześniej mu ona nie przeszkadzała. Johnson naprawdę tego nie przemyślał.
Widzę to w inny sposób. Snoke pojawił się w Przebudzeniu tylko na krótką chwilę. Widzieliśmy tylko hologram gościa, który wydaje rozkazy. Kiedy w końcu spotkali się face to face, dopiero wtedy wyszło jaki Snoke jest w rzeczywistości - próżny, arogancki i pewny siebie. Celowo kpił ze swojego ucznia tylko po to żeby podsycić w nim nienawiść, niepewność i zakwestionować przywiązanie do jego dziedzictwa. Cały arc Kylo był właśnie o tym, że zamiast przywiązywać się tradycji i imitowania Vadera, to powinien wytyczyć własną ścieżkę. Więc wydaje mi się, że akurat było to przemyślane.
Pół biedy, że odgrzewają stare motywy. Większym problemem jest sposób w jaki to się robi, często ignoruje wydarzenia z poprzednich części, idzie po najmniejszej linii oporu jeśli chodzi o fabułę, robi się na siłę i na szybko bez zastanowienia się nad scenariuszem.
To nie jest tak do końca, bo większość wątków się ze sobą w jakiś sposób łączy. Kwestią jest tylko to, że rozwiązania tych wątków nie potwierdzały popularniejszych teorii lub nie były tym czego się spodziewaliśmy. Ostatni Jedi jaki by nie był to rozwija wątki, które były w Przebudzeniu Mocy. Dla przykładu, First Order znał lokalizację bazy Ruchu oporu, więc sensowne było to aby ją zaatakować swoimi siłami naziemnymi, skoro plan rozwalenia planety Starkillerem spalił na panewce. Han wspomniał, że Luke odszedł bo czuł się winny. Nikt nie wiedział dokąd odszedł, nie zostawił za sobą mapy, tylko Ruch oporu musiał poświęcić trochę czasu na jej odnalezienie. Skoro zadał sobie tyle trudu aby zniknąć w miejsce gdzie nikt go nie znajdzie, ciężko było spodziewać się że będzie siedział na kawałku skały, znudzony oczekując żeby zakasać rękawy do walki z First Orderem jak tylko ktoś go o to poprosi.
Bo ważniejsza jest różnorodność rasowa z realnego świata :) Np. gdyby w "Łotrze" pilot był Twi'lekiem albo innym obcym, to zaraz ktoś by powiedział - o w nowych częściach nie ma nikogo o hindusko\bliskowschodnim wyglądem, rasizm :) Im zależy na tym, żeby było jak najwięcej osób o zróżnicowanym wyglądzie, a że postaci też nie może być za dużo, siłą rzeczy obcy idą w tło. A źli muszą być biali, ciekawe co by było, jakby zrobili czarnego Huxa :)
Jak już wcześniej wspominałem, nie mam nic przeciwko różnorodności rasowej. Nie było to czymś co mi przeszkadzało. Co więcej, niektórzy z tych bohaterów mieli nawet sens. Nie wiem czy wiesz, Saw Guerrera pojawił się w The Clone Wars jeszcze przed przejęciem Lucasfilmu przez Disney'a. Saw był wtedy jednym z pierwszych partyzantów na Onderonie, co idealnie pasowało do postaci weterana-ekstremisty, którym był w filmie. Szkoda mi jedynie tego, że nie wykorzystali tego aby zbudować drużynę w której znajdują się też obcy. A potencjał jakiś jest. Gdyby chcieli sięgać po znane postacie, fajnym uzupełnieniem ekipy byłby Cham Syndulla lub ktoś z jego twi'lekańskiego ruchu oporu z Rylotha. Zresztą to trochę śmieszne, że przed premierą Rogue One'a czytałem właśnie Lordów Sithów (to jedna z pierwszych powieści z obecnego kanonu) i wiele z tych pomysłów z filmu były też tutaj, tylko zrealizowane trochę inaczej. Vader też miał epicką scenę jak wybijał buntowników, tylko tam wywalili go w przestrzeń kosmiczną, a on wrócił i cóż... nie był zadowolony z tego jak go potraktowali :D
L. Jackson był dobrym wyborem, ale nie o to chodzi. Denerwują mnie takie podwójne standardy - kolorowa postać zostaje białą - rasizm, dyskryminacja mniejszości, biała postać kolorową - nic się nie dzieje, czego się czepiasz, musimy wspierać mniejszości :)
O wiele bardziej irytuje mnie coś innego, czego otwarcie nie możesz powiedzieć na zagranicznym forum bez otrzymania bana. Przez ten rok odkąd jestem na Reseterze zdążyłem zauważyć, że ludzie ze Stanów mają takie wypaczone pojęcie tożsamości narodowej. Tam gdzie my widzimy Polaków, Czechów, Ukraińców, Niemców, itd, oni widzą jedynie "białych z Europy". Wrzucają wszystkich do jednego wora, co jest bardzo krzywdzące, bo mimo tego że mieszkamy niedaleko siebie i nasza historia od zawsze była ze sobą powiązana, to jakby nie patrzeć postrzegamy innych przez narodowość.
Czyli powrót do stanu sprzed wojen klonów, może z niewielkim dodatkiem, bo jakąś tam flotę mieli, może cała wyleciała wraz z Hosnian. Tylko że przy takiej dyskusji na pewno pojawiłby się argument, co robić w razie gdyby znowu jakaś Federacja Handlowa zaczęła blokować Bogu ducha winne planety. Nie mówiąc już o konfliktach między rasami. A co dopiero jak banda pogrobowców Rebelii zaczęła walczyć z pogrobowcami Imperium, co ci odebrali za robotę Republiki. Do tego weźmy pod uwagę to, że liczby są kosmiczne. Powiedzmy, że Nowa Republika uznała, że potrzebuje 200 statków do pilnowania całej galaktyki. Powiedzmy, że 90 wyparowuje razem z Hosnian, ale zostaje wciąż ponad sto statków bojowych, X-Wingi też raczej były w różnych punktach galaktyki. A ile niszczycieli First Order mógł wyprodukować na wygnaniu? Na pewno mniej. Oczywiście raczej scenarzyści z Disneya mają to gdzieś, ich bardziej obchodzi co by zrobić, by obsada była bardziej diverse.
Coś na pewno się ostało. Zresztą uważam, że to dobry pretekst do powrotu Lando :)
Ale mi chodzi o to, jakby wyglądała ta wojna, gdyby nie była ustawiona. Gdyby Dooku naprawdę działał na własną rękę i nie słuchał się Imperatora. W zasadzie to wtedy Republika byłaby w jeszcze gorszej sytuacji, bo bez planu nie byłoby armii klonów i musieliby opierać się wyłącznie na Jedi. Możliwe, że wszystko rozstrzygnęłoby się na Geonosis.
Bez Sidiousa nie byłoby armii klonów. Z tego co pamiętam to Sifo-Dyas miał wizję nadchodzącej wojny i chciał naprawdę zamówić tą armię, ale nie mógł znaleźć wsparcia u Rady, Senatu, ani klanu bankowego. Wszyscy uznali go za wariata, Jedi nawet go zdegradowali z rangi mistrza. Gdyby doszło do tego, że Dooku się zbuntował i stanął na czele Separatystów, Republika byłaby bezbronna, a sama wojna zakończyła się bardzo wcześnie :P

Introman24
Stały bywalec
Posty: 186
Rejestracja: 19 wrz 2016, 21:23
Płeć: mężczyzna
Enneagram: 5w6
Lokalizacja: gdzieś na planecie Ziemia

Re: Gwiezdne wojny

Post autor: Introman24 » 16 sty 2019, 22:30

rael pisze:
15 sty 2019, 12:29
Widzę to w inny sposób. Snoke pojawił się w Przebudzeniu tylko na krótką chwilę. Widzieliśmy tylko hologram gościa, który wydaje rozkazy. Kiedy w końcu spotkali się face to face, dopiero wtedy wyszło jaki Snoke jest w rzeczywistości - próżny, arogancki i pewny siebie. Celowo kpił ze swojego ucznia tylko po to żeby podsycić w nim nienawiść, niepewność i zakwestionować przywiązanie do jego dziedzictwa. Cały arc Kylo był właśnie o tym, że zamiast przywiązywać się tradycji i imitowania Vadera, to powinien wytyczyć własną ścieżkę. Więc wydaje mi się, że akurat było to przemyślane.
Sęk w tym, że wydaje mi się dosyć dziwne, że Snoke był w stanie przyciągnąć Kylo do siebie cały czas go krytykując i poniżając. Chociaż możliwe, że na początku ta relacja wyglądała inaczej. Jednak musiałby się dużo w kwestii manipulacji nauczyć od Imperatora. Dziwne, że akurat jemu udało się przekształcić Imperium w Porządek. Tym bardziej, że na taktyce wojennej również się chyba nie znał, skoro zostawił dowodzenie Huxowi. Wydaje mi się jednak, że Abrams wróci do swojej koncepcji na Kylo. Chociaż może pojawi się jakiś wiarygodny powód, dla którego Kylo przeszedł na ciemną stronę mocy.
Dla przykładu, First Order znał lokalizację bazy Ruchu oporu, więc sensowne było to aby ją zaatakować swoimi siłami naziemnymi, skoro plan rozwalenia planety Starkillerem spalił na panewce.
Nie wiem, czy z perspektywy First Order nie lepszą opcją niż zajmowanie się Ruchem Oporu byłoby zajmowanie planet Republiki, póki jeszcze nie powstała władza zdolna ogarnąć ten chaos i przejść do kontrofensywy. Tak jakby złodziej wysadził sejf w banku, po czym zamiast brać pieniądze pobiegł na ulicę ukraść portfel jakiejś staruszce. Oczywiście, może Porządek miał w zapasie jakąś drugą armię i gdy Hux gonił grupę rekonstrukcyjną Rebelii ta druga armia zdobywała Coruscant. Tylko wydaje mi się to mało prawdopodobne, zwłaszcza, że masa sił Porządku wyleciała w powietrze wraz ze Starkillerem. Co do idiotyzmu działań tej organizacji to jest scena, w której strzelają ze swojego krążownika w opuszczoną bazę Ruchu Oporu podczas gdy wystarczyło trochę przekierować to działo i mogłoby uderzyć w statki Ruchu Oporu i może te mniejsze udałoby się zniszczyć.
Han wspomniał, że Luke odszedł bo czuł się winny. Nikt nie wiedział dokąd odszedł, nie zostawił za sobą mapy, tylko Ruch oporu musiał poświęcić trochę czasu na jej odnalezienie. Skoro zadał sobie tyle trudu aby zniknąć w miejsce gdzie nikt go nie znajdzie, ciężko było spodziewać się że będzie siedział na kawałku skały, znudzony oczekując żeby zakasać rękawy do walki z First Orderem jak tylko ktoś go o to poprosi.
Pytanie tylko po co był cały ten motyw z mapą, skoro nie chciał być odnaleziony i odciął się od mocy? :)
Jak już wcześniej wspominałem, nie mam nic przeciwko różnorodności rasowej. Nie było to czymś co mi przeszkadzało. Szkoda mi jedynie tego, że nie wykorzystali tego aby zbudować drużynę w której znajdują się też obcy.
Ale właśnie chodzi o to, że obcy zabierają miejsce, na które można byłoby wsadzić jakiś kolorowych aktorów. Choć równie dobrze jak dla mnie mogłoby nie być białych, gdyby nie klimat, jaki się wokół tego wytworzył. Lucas mógł sobie pozwolić na więcej obcych, bo w owych czasach nikt nie żądał siłowego zróżnicowania obsady. Wprowadzenie jeszcze większej ilości bohaterów obcych nie rezygnując przy tym z ludzi skończyłoby się tym, że byłoby dużo nic nie wnoszących postaci, jak choćby Finn czy Rose w "Ostatnim Jedi".
Przez ten rok odkąd jestem na Reseterze zdążyłem zauważyć, że ludzie ze Stanów mają takie wypaczone pojęcie tożsamości narodowej. Tam gdzie my widzimy Polaków, Czechów, Ukraińców, Niemców, itd, oni widzą jedynie "białych z Europy". Wrzucają wszystkich do jednego wora, co jest bardzo krzywdzące, bo mimo tego że mieszkamy niedaleko siebie i nasza historia od zawsze była ze sobą powiązana, to jakby nie patrzeć postrzegamy innych przez narodowość.
Tu bym winił raczej amerykański brak wiedzy o świecie. Chociaż i Polacy niezbyt się orientują na temat innych regionów niż Europa. Ale faktycznie, za bardzo patrzy się obecnie na historię przez pryzmat rasy. Stąd osobiście śmieszą mnie teorie o "białej winie", "białych przywilejach", białych jako krwiożerczych kolonizatorach, skoro chociażby nasz kraj nigdy nie miał kolonii i w Europie była cała masa państw, które nie brały udziału w walce kolonialnej a teraz przypisuje się nam zbiorową odpowiedzialność za podboje Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, za rasizm w USA.
Bez Sidiousa nie byłoby armii klonów. Z tego co pamiętam to Sifo-Dyas miał wizję nadchodzącej wojny i chciał naprawdę zamówić tą armię, ale nie mógł znaleźć wsparcia u Rady, Senatu, ani klanu bankowego. Wszyscy uznali go za wariata, Jedi nawet go zdegradowali z rangi mistrza. Gdyby doszło do tego, że Dooku się zbuntował i stanął na czele Separatystów, Republika byłaby bezbronna, a sama wojna zakończyła się bardzo wcześnie :
W zasadzie to byłaby tylko jedna bitwa, po której raczej nikt nie pchałby się do walki z Separatystami. No chyba, że tym by odbiło i sami zaczęli siłą zajmować planety Republiki.

ODPOWIEDZ